środa, 24 grudnia 2014

Życzenia

Poniższą wirtualną kartkę dedykuję wszystkim, 
którzy na co dzień lub od święta zaglądają do Pamiętnika z książek


wtorek, 23 grudnia 2014

Lektura polityczna

Wobec Putinowskiego zamachu na wolność i suwerenność Ukrainy, aneksji Krymu i haniebnej działalności sterowanych przez Kreml tak zwanych separatystów, my maluczcy niewiele możemy zdziałać… Nie mamy wpływu ani na politykę polską, ani tym bardziej europejską czy światową. Nie od nas zależy dalszy ciąg tego konfliktu, przez wielu nazywanego dziś otwarcie wojną.

Możemy oczywiście angażować się w różnorakie akcje pomocowe, możemy przekazywać pieniądze i modlić się za naszych sąsiadów. Możemy też, niestety, pozostać obojętnymi, zasłaniając się bezsilnością lub, co gorsza, idiotycznymi frazesami o nacjonalistach, banderowcach i spadkobiercach UPA.

Szukając jakiegoś minimum przyzwoitości, minimum zaangażowania, choćby symbolicznego gestu solidarności z Ukraińcami, proponuję poświęcenie kilku godzin na lekturę książki autorstwa Aliny i Jacka Łęskich – polsko-ukraińskiego małżeństwa, które za cel postawiło sobie pokazanie Polakom dzisiejszej Ukrainy w kontekście jej niezwykłej historii, kultury, uwarunkowań społecznych i politycznych.

Pokochać Ukrainę to rodzaj bardzo osobistego przewodnika, w którym wiele miejsca zajmują prywatne historie i anegdoty z normalnego, codziennego życia. Autorzy bazują na własnych doświadczeniach, relacjach rodzinnych i przyjacielskich, a także zawodowych. Z ich opowieści wyłania się obraz Ukrainy jakiej nie znamy. I to jest właśnie nasz grzech pospolity, nasze zaniechanie wobec ludzi, którzy choć są nam tak bliscy (poprzez wspólną historię, dzisiejsze aspiracje polityczne i gospodarcze oraz zaskakująco podobną wrażliwość), są jednocześnie tak dalecy, inni, obcy…

Z książki:

      „W pewnym sensie Ukraina jest podobna do Polski, tylko wszystko w niej jest bardziej. I kłopoty i sukcesy. I blaski, i cienie. Polacy mogą w Ukraińcach odnaleźć swoje własne cechy, ale wielokrotnie wzmocnione. Namiętności bardziej intensywne, wady bardziej widoczne, gościnność, serdeczność i empatię bardziej naturalne i spontaniczne. Umiłowanie wolności i poczucie honoru co najmniej takie, jak nasze.”

środa, 17 grudnia 2014

Kryptoreklama

Kilka razy w tygodniu do pracy jeżdżę komunikacją miejską. Drogę z Białołęki na Włochy pokonuję wówczas trzema pojazdami: autobusem, metrem i pociągiem podmiejskim. Bardzo te wczesnoporanne dojazdy i szczytowe powroty lubię, bo jak wieść gminna niesie - podróże kształcą. Bogactwo doznań i aromatów zaiste oszałamiające... Zwłaszcza, gdy podniosę nos znad czytanej w serdecznym ścisku książki czy gazety.

Moim oczom, szczególnie w drodze powrotnej (stacja Metro Młociny), ukazuje się niezwykły, odważny, nietuzinkowy i jakże literacki slogan reklamowy pewnej budki z hot-dogami, pieczywem i ciepłymi kanapkami. Jego lakoniczna forma i zabawna wieloznaczność już dawno prosiła się o poczytne miejsce w Pamiętniku z książek:


Smacznego.

środa, 10 grudnia 2014

Dla dzieci

Zainspirowany pomysłem mojej żony, postanowiłem dzieciom z rodziny zrobić prezent w postaci płyty z ulubionymi wierszykami Tymoteusza. Z pomocą kolegi nagrałem dwadzieścia jeden tekstów, które lada dzień znajdą się na krążku audio, który będę mógł kilkorgu maluchom położyć pod choinkę. A oto próbka - Aleksander Fredro: Paweł i Gaweł.


poniedziałek, 8 grudnia 2014

"Czarne sezony"

Pisałem tu już niegdyś o autobiograficznej książce Michała Głowińskiego. Miałem wówczas za sobą lekturę Kręgów obcości, które zrobiły na mnie duże wrażenie i do których dziś z chęcią powracam w myślach i rozmowach.

Jednak zanim ukazała się ta commingoutowa, poważna i wzruszająca książka, Głowińskiemu nie obce były inne literackie próby autobiograficzne. Wiele lat wcześniej ukazał się zbiór opowiadań Czarne sezony, będący świadectwem czasów okupacji i Holokaustu.

Przyobleczone w epicką formę krótkich opowiadań wspomnienia, spisywane pod dyktando dziecięcej pamięci, wydobywanych z przeszłości obrazów getta; miejsc, w których autor, wówczas kilkulatek, musiał się ukrywać…

Jednym z takich miejsc był sierociniec prowadzony przez siostry zakonne, które z oddaniem ratowały także dzieci żydowskie, włączając je w codzienne praktyki religijne, ucząc katechizmu i wszystkiego, co niezbędne, by nie wyróżniały się spośród katolickiej wspólnoty. Miało to oczywiście swój walor konspiracyjny – zarówno wobec Niemców, jak i wobec pozostałych dzieci; miało też wymiar katechetyczny, rozumiany jako kształtowanie rzeczywistej, aktywnej postawy wiary.

To doświadczenie, jak i inne przeżycia dzieciństwa zagrabionego przez wojnę, zaważyło w sposób fundamentalny na kształtującej się osobowości Głowińskiego, kreśląc jeden z pierwszych, boleśnie odczuwalnych, kręgów obcości.

         „Ocaleliśmy, ocaleli moi rodzice, ocalałem ja. Właściwie nie rozumiem, jak to się stało, nie pojmuję, jakim sposobem przypadek akurat dla nas okazał się przychylny. Dziwię się, dziwię się wszystkiemu. Dziwię się, że żyję… Ale żyję, jestem, istnieję… I pamiętam!”

Książkę otrzymałem dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego i księgarni internetowej Publio.pl.

czwartek, 4 grudnia 2014

Koszmar teatralny

W ostatnim z felietonów z cyklu "Zrzędność i przekora", Janusz Majcherek - krytyk teatralny, znany mi również jako juror wielu festiwali i konkursów, zwierzył się:

"[...] od czasu do czasu śni mi się taki sen: dowiaduję się w ostatniej chwili, że mam zagrać dużą rolę w jakimś przedstawieniu – coś w rodzaju Hamleta albo Gustawa-Konrada; publiczność już czeka, kurtyna zaraz pójdzie w górę, ja stoję w kulisie, stremowany, ale i podniecony, aż nagle uświadamiam sobie, że przecież nie umiem tekstu. I, rzecz jasna, wpadam w panikę. Jest to koszmar senny chyba jeszcze bardziej dręczący niż ten, w którym, będąc już dorosłym człowiekiem, mam przystąpić do matury z przedmiotu typu chemia czy fizyka, mimo że nic, ale to nic nie pamiętam".

I zwierzeniem swym trafił w sedno. Otóż teatr, w którym amatorsko występuję już od ponad siedemnastu lat, śni mi się wyłącznie w ten sposób. To zmora, której nijak pozbyć się nie mogę. Koszmary teatralne, śnione zresztą w różnych wariantach, nieodmiennie sprowadzają się do tego samego: zostaję na scenie sam, bo koledzy czmychają w kulisy, nie wiem, co gram, ale próbuję jakoś ratować sytuację; nic to jednak nie daje - publiczność zaczyna głośno rozmawiać, komentować klapę, aż w końcu ostentacyjnie wychodzi. Kurtyna, jak na złość, nie chce opaść, by miłosiernie zakończyć moją tragedię - tym razem również osobistą.

W realu nie mam tego typu problemów. Nie miewam tremy przed występami (jedyną przedspektaklową reakcją mojego organizmu jest trudna czasem do opanowania senność), w sytuacjach podbramkowych zazwyczaj potrafię zachować zimną krew i ratować, choćby improwizując, niefortunną wpadkę. Z Kompanią Teatralną Mamro, z którą w mijającym roku obchodzimy dziesięciolecie wspólnej pracy, zdobyłem worek prestiżowych nagród. Grając przede wszystkim repertuar komediowy, mam często wielką frajdę z zabawy z publicznością, która zazwyczaj żywo reaguje na to, co dzieje się na scenie, dodając nam - aktorom - skrzydeł. Te piękne chwile nie chcą się jednak przyśnić.

Z drugiej strony, może to i dobrze? Gdyby miało być na odwrót - byłbym w większych opałach. Frustracji związanej z niepowodzeniem na teatralnych deskach, dopełniałby powracający koszmar o niedoścignionych sukcesach...

Pełny tekst Janusza Majchreka znaleźć można tutaj.

niedziela, 30 listopada 2014

Obraz z Leninem

Jej książki są zawsze dziełem zbiorowym. Ułożonym z pieczołowicie gromadzonych opowieści, wspomnień, świadectw, indywidualnych historii, które razem tworzą niezwykle poruszającą, wielogłosową narrację o losie obywateli byłego Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich.

Najnowsza książka Swietłany Aleksijewicz Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka została zbudowana na tej samej zasadzie. Białoruska reporterka pozwala mówić swoim bohaterom: Rosjanom, Ukraińcom, Turkmenom, Kazachom, Ormianom; przedstawicielom wielu narodowości, które niegdyś związane były wspólną ojczyzną. Własny komentarz ogranicza do minimum, starając się oddać zasłyszane i zarejestrowane wyznania bez zniekształceń, zakłóceń… Jakby nie chciała przeszkadzać w lekturze tego, co najistotniejsze – relacji z czasów przełomu, pierestrojki i definitywnego upadku komunistycznego kolosa.

Czy jednak ów przełom dokonał się tak, jak chcieli jego twórcy? Jakie są koszty transformacji? I czy dzisiejsza Rosja może być dumna ze zdobyczy ostatnich lat? Te pytania nie znajdują dobrych odpowiedzi… Szczególnie w świetle obecnych poczynań Putina; jego haniebnej ingerencji na Ukrainie, u której źródeł kryją się resentymenty i nieujarzmiona, choć bezpowrotnie utracona wielkomocarstwowość.

Ze wstępu:

      „Żegnamy się z epoką radziecką. Z naszym ówczesnym życiem. A ja staram się uczciwie wysłuchać wszystkich uczestników socjalistycznego dramatu…
  Komunizm miał szalony plan – zmienić starego człowieka, starotestamentowego Adama. I to się udało… Może ta jedna jedyna rzecz mu się udała. Przez siedemdziesiąt z górą lat w laboratorium marksizmu-leninizmu wyhodowano odrębny gatunek – homo sovieticus. Jedni uważają go za postać tragiczną, inni u nas mówią o nim pogardliwie „sowek”. Wydaje mi się, że znam tego człowieka, że jest mi bliski, że jestem jego sąsiadką, przeżyłam wiele lat tuż koło niego. Ten człowiek to ja. A także moi znajomi, przyjaciele, rodzice.”

Książkę otrzymałem dzięki uprzejmości księgarni internetowej Publio.pl.

niedziela, 2 listopada 2014

Aktorzyca

Danuta Stenka nie będzie głosem drugiej linii metra. Biję się w piersi, bo nie głosowałem, choć miałem nadzieję, że to ona wygra plebiscyt… Niestety, potwierdza się moja obserwacja, że nasz podziw częściej budzą dojrzali aktorzy, niż ich partnerki. No właśnie – partnerki; zawsze u boku Rolanda, Hamleta, dwa kroki za Królem Learem, Jamesem Bondem czy innym Tarzanem.

W tym zawodzie to mężczyźni starzeją się jak wino – czym starsi, tym lepsi. To im przypisujemy kunszt, ich nazywamy mistrzami, oni u kresu kariery grywają Ryszarda III, Prospera, Feuerbacha… Kobiety na scenie, a tym bardziej w kinie interesują nas jako młode i kuszące boginie, którymi starają się być jak najdłużej, bo i widzowie takimi chcą je pamiętać, wbrew upływowi czasu, a często wbrew ich aspiracjom i aktorskim umiejętnościom. W równym rzędzie stają Nicholson, Hopkins, Brando, a u nas Zapasiewicz, Łomnicki, Gajos. Z rzadka w gronie aktorskich tuzów pojawi się Meryl Streep czy Teresa Budzisz-Krzyżanowska. Lecz zawsze wydaje mi się, że kobiety są tu jakby schodek niżej.

Należne miejsce wśród najlepszych polskich aktorów oddaje Danucie Stence Łukasz Maciejewski – autor wywiadu rzeki Flirtując z życiem. Ta rozmowa odkrywa przed czytelnikiem, jak wielkim wyzwaniem jest praca na scenie, jak trudno wykonywać zawód, wymagający codziennego przystępowania do egzaminu z umiejętności aktorskich i poskramiania własnych emocji; z ukazywania prawdy za pomocą kłamstwa. Kłamstwa, które dzięki kunsztowi artysty staje się szlachetne, piękne, magiczne…

Z książki:

       „Pamiętam jeszcze jedną historię, moje pierwsze spotkanie z teatrem. Mama zabrała mnie, wówczas przedszkolaka, do Teatru Wybrzeże w Gdańsku. Nie miałam pojęcia, co to było za miejsce, w którym się znaleźliśmy. Nagle przed nami zapaliło się światło i moim oczom ukazała się staroświecka kanapa, na której siedzieli prawdziwa księżniczka i prawdziwy książę, oboje w przepięknych strojach. Myślałam: Boże, jak oni się uchowali, gdzie się przez tyle lat ukrywali, bo przecież na świecie nie już takich księżniczek i książąt! To było dla mnie coś niezwykłego. Magia. Kiedy jest się  dzieckiem, wszystko jest możliwe.”

Książkę zawdzięczam mojej żonie i przecenie w jednej z ostrołęckich księgarń.

poniedziałek, 27 października 2014

Podróże kształcą!

Na okładce książki Tomka Michniewicza Swoją drogą. Opowieść o trzech podróżach po inne życie do lektury zachęca taki passus: 

       „Wyprawy na drugi koniec świata zmuszą całą trójkę [osób zabranych tam przez autora – przypis T. Mit.] do konfrontacji z własnymi lękami, złudzeniami i szansami, które zmarnowali. Kim będą po zakończeniu podróży? Wrócą do starego życia czy pójdą inną drogą?”

Mam wrażenie, że ten, kto powyższe zdania napisał, nie przeczytał książki. Albo przeczytał ją niechlujnie, po łebkach, byle zaliczyć… Jeśli już mówić tu o kimś, kto podczas tych trzech wypraw musiał dogłębnie skonfrontować się z dookolną rzeczywistością, a także zmierzyć się z własną niedojrzałością i lękami – jest nim sam Tomek Michniewicz.

Autor nie kryje zresztą przed czytelnikiem wagi często cierpkich słów, które pod jego adresem kierują bliscy i dalecy. Zabierając w dalekie strony swego przyjaciela, żonę i ojca, Michniewicz pragnie, by ich pobyt (odpowiednio) w afrykańskiej dżungli, Arabii Saudyjskiej i Nowym Orleanie sprawił, że staną się innymi ludźmi. Wyrwawszy się ze szponów korporacji, zgłębiwszy codzienne życie islamskich kobiet lub spełniając marzenie o pielgrzymce do kolebki bluesa, każdy z podróżnych miał zyskać niezbędny dystans, zobaczyć siebie na nowo, odkryć swoje prawdziwe powołanie… Tomek Michniewicz był przekonany, że sam ma to już dawno za sobą; że dokładnie wie, jak ma wyglądać jego życie: praca, szczęście, relacje z rodziną… Jak bardzo się mylił, przekona się także czytelnik, który zechce wybrać się w te trzy egzotyczne miejsca i przysłuchać się nieco uważniej rozmowom, w których role przewodnika i podążającego za nim turysty-ucznia niepostrzeżenie się wymieniają.

Za pożyczenie książki dziękuję mojemu bratu, który chyba jeszcze nie wie, że mi ją pożyczył.

piątek, 24 października 2014

Himalaje

Książka o niesłychanej amplitudzie temperatur – i tych mierzonych w stopniach Celsjusza, i tych, które oddać można jedynie na skali rozpiętej między miłością a nienawiścią; wiarą a zwątpieniem; między euforią zwycięstwa a dojmującym poczuciem bezradności.

W czerwcu 2013 roku Jacek Hugo-Bader dołączył do wyprawy na Broad Peak, której celem było odnalezienie ciał dwóch himalaistów (Macieja Berbeki i Tomasza Kowalskiego – obaj w marcu 2013 zdobyli szczyt, lecz nie zdołali z niego wrócić). Niezwykła podróż staje się okazją do lepszego poznania twardego świata wysokogórskiej wspinaczki. Reporter, towarzysząc alpinistom, miał okazję przekonać się, jak wygląda ich świat, ich życie; czym okupione są tryumfy i jak wielkie niebezpieczeństwo grozi każdemu, kto wbrew nieludzkim warunkom klimatycznym, wbrew jakiejkolwiek logice, kładzie na szali własne życie, by wejść na szczyt.

Najbardziej poruszyły mnie jednak nie tyle kwestie przekraczania linii śmierci, zmagania z zabójczą na pewnej wysokości przyrodą, ale dramatyczne relacje z wyprawy, którą przypłacili życiem dwaj młodzi Polacy, a także wypowiedzi dotyczące innych tragicznych wypadków, których ofiarami byli najwięksi alpiniści świata… Łatwość ferowania wyroków wobec innych i równie łatwe usprawiedliwienia własnych zachowań, egoizm i zawiść, braterstwo liny i towarzyszące mu deklaracje, że powyżej 7000 metrów zwykła „ziemska” etyka nie obowiązuje. Wyścig. Ucieczka w góry – od szarego życia, od nudy, ale też od zobowiązań, problemów i rodzin. Piekło w temperaturze poniżej -30°C.

Zamiast fragmentu książki, cytuję kilka zdań rozmowy Jacka Hugo-Badera z Anetą Żukowską. Pełny tekst wywiadu tutaj.

Moje wrażenie po lekturze Twojej książki jest takie, że jesteś przede wszystkim zdumiony himalaizmem.

Tak, coraz bardziej. Ludźmi i etosem himalajskim. Jestem coraz bardziej krytyczny wobec tego. Uważam, że to są współczesne walki gladiatorów. O tym rozmawiałam też z profesorem Hołówką […]. Walki gladiatorów, a zatem coś niegodnego, niedobrego. Nie powinno się pozwalać na walki gladiatorów.

Nie powinno się pozwalać na walki gladiatorów, czy na to by te walki były oglądane?

I na jedno i na drugie. Nie powinno się robić widowiska z oczywistej śmierci. Ja uważam, że himalaiści jadą po śmierć. Wielu się udaje, ale bardzo wielu się nie udaje. Przecież Aneta, oni giną jak muchy! Gapienie się na to jest niegodne.

Tutaj mogę się zgodzić. Ale są także inne aktywności, powiedzmy sportowe, w których również jest wysokie ryzyko śmierci, np. Formuła Jeden.

Wszędzie się może zdarzyć śmierć, nawet w gimnastyce artystycznej i w skoku o tyczce. Ale w himalaizm akurat jest to wpisane. W Formule Jeden ścigają się samochody, których używamy wszyscy. Gdybyśmy chcieli w ogóle unikać śmierci, nie powinniśmy wychodzić na ulice, to jest niemożliwe. Ale nie można iść w góry i szukać śmierci. Bardzo często właśnie tak to wygląda – na szukanie śmierci. W pewnym momencie przestałem wierzyć w nieszczęśliwe wypadki, to wszystko wygląda mi na szaleńcze samobójstwo. Oczywiście to jest pewna metafora.

Odwołujesz się w książce do psychologii, jak w przypadku pracy Zdzisława Jana Ryna „Zespół astenii wysokogórskiej”. Myślisz, że himalaizm wymaga tego, co kiedyś nazywaliśmy predyspozycją, a dziś nazwalibyśmy skłonnością?

Do podejmowania wielkiego ryzyka. Odwaga jest cnotą, prawda? Ale jak każda cnota, musi mieć swoje skrajne bieguny. Z jednej strony jest tchórzostwo, z drugiej brawura. I obie te skrajności są występkami. Niedopuszczalnymi. Ja myślę, że ktoś kto nie jest brawurowy, nie ma szans w tej dyscyplinie. Idąc zatem tą myślową ścieżką – występek, grzech jest niezbędnym, oczywistym składnikiem tego sportu, tej aktywności. Himalaizmu po prostu.”

poniedziałek, 20 października 2014

Jestem "Wspólnikiem"

Kto jeszcze nie dosyć ma Krzysztofa Vargi, może także sięgnąć po ostatnią powieść tego pisarza. Kilka słów o Trocinach zdążyłem już tutaj zamieścić. Niedawno mój tekst ukazał się w czasopiśmie "Wspólnicy". Numer z recenzją książki można podejrzeć lub pobrać za darmo tutaj.


środa, 8 października 2014

Polak - Węgier

Węgry są nam ledwo znane, geograficznie bliskie, lecz językowo, kulturalnie i emocjonalnie dalekie. Nasze środkowoeuropejskie wspólne doświadczenie jako Socjalistycznych Republik Demokracji Ludowej, każe z wypiekami patrzeć w kierunku nadal atrakcyjnego Zachodu, a pomijać obojętnym, czasem wzgardliwym wzruszeniem ramion współbraci żyjących po tej samej stronie berlińskiego muru.

Są jednak autorzy, którzy z wielkim zainteresowaniem oddają się podróżom po tej zapomnianej, prowincjonalnej i nieco egzotycznej Europie klasy B. Podróżują tam również w swych lekturach czytelnicy Stasiuka, Szczygła czy Vargi. Ten ostatni, już po raz drugi, zabiera nas na Węgry.

W Czardaszu z mangalicą, jeszcze bardziej niż w Gulaszu z Turla, daje się odczuć sentymentalny, osobisty charakter tych peregrynacji. Świeckich pielgrzymek do miejsc zapamiętanych z dzieciństwa, do własnych wspomnień, ale także do smaków specyficznych węgierskich potraw i alkoholi; do knajp, barów i restauracji będących namacalnym, sensualnym, wręcz organoleptycznym bastionem węgierskości. Jest też najnowsza książka Krzysztofa Vargi próbką porównawczą dwóch społeczeństw – Polskiego i Węgierskiego, narodów, które wedle autora mogłyby zawzięcie konkurować w dziedzinie pielęgnowania swych traum i martyrologii.

To książka osobista, subiektywna, ale napisana z myślą o czytelniku. Jest w niej spory ładunek publicystyczny i bezpardonowy, często ironiczny język, właściwy dla felietonowej twórczości Vargi – pół-Polaka, pół-Węgra.

       „Czuję prawdziwą, beznadziejną sympatię do węgierskiej prowincji, mam sentyment do tej jej spokojnej nudy, pod którą kryją się jakieś groźne emocje. Lubię te ogromne przestrzenie małego kraju, powtarzalność krajobrazu, naprzemienne pola kukurydzy i słoneczników, dojrzewających w lipcowym skwarze, a wiosną żółte morze rzepaku.”

czwartek, 2 października 2014

W polonezie z pisarzami

Czy pisarz to ktoś specjalny? Mądrzejszy? Lepszy? Może uprzywilejowany? Namaszczony? Warto pisarza pytać o jego zdanie w sprawach ważnych: o szczęście, los, historię i Boga? O Polskę? Czy wypada drążyć tematy polityczne, finansowe, rodzinne? A może osobę piszącą należy traktować jak każdego celebrytę i zgodnie z dzisiejszą modą, pytać wyłącznie o kulinaria i romanse, intymne pożycie, kolor butów i paznokci?

Dorota Wodecka gruntownie przepytała piętnastu polskich pisarzy (w tym także trzy pisarki). Przede wszystkim jako twórców, mających nad Wisłą stosunkowo niewielkie szanse, by stać się obiektem zainteresowań plotkarskich pisemek i portali. Daleko im do gwiazd telewizji; nie tańczą, nie śpiewają, nie gotują też w znanych i lubianych programach śniadaniowych, nie pokazują się na przyjęciach i rautach. Piszą.

Choć Igorowi Ostachowiczowi się prawie udało. O mały włos byłby najlepiej zarabiającym pisarzem w kraju…

Wśród poważnych rozmów zamieszczonych w zbiorze Polonez na polu minowym na szczególną uwagę zasługują – wzruszający wywiad z Janem Jakubem Kolskim oraz wypowiedzi Eustachego Ryskiego, Krzysztofa Vargi i Szczepana Twardocha, w których znalazłem wiele niebagatelnych spostrzeżeń o dzisiejszej Polsce i ludziach tu żyjących. Przeczytać warto wszystkie.


„– Wierzę, że nauczymy się wyłączać dźwięk w smartfonach po to, żeby usłyszeć, co mówi do nas bliźni. Mam taką nadzieję, ale zobaczymy, czy i w tej sprawie nie jestem idiotą.”
 Jan Jakub Kolski

„– Ten rys się nazywa choroba dwubiegunowa, schizofrenia. Między wielkością a małością. Być pośrodku jest w naszym myśleniu narodowym nie do przyjęcia. Albo wielki, albo podły. Albo bohater, albo zdrajca. Jest tylko honor i hańba i nie ma nic pośrodku. Nie ma normalności. Normalność jest najbardziej podejrzaną rzeczą. Jesteśmy w stanie funkcjonować wyłącznie na dwóch biegunach nawzajem się znoszących.”
Krzysztof Varga

„– W promowaniu własnej osoby jestem bezradny. Nie umiem sobie doradzić. Kiedy mówię kolegom, że nie będę udzielał wywiadów, to pukają się w głowę. […] – Jeśli moja książka ma jakąś zaletę, jest nią szczerość. Uważam, że osoba, która pisze, musi postępować tak, jak czuje. Gdybym miał się zastanawiać, co byłoby marketingowo wskazane, zwariowałbym.”
Igor Ostachowicz

„– Pisarz to jedna z tych profesji, w której sprawne udawanie mądrzejszego od siebie jest niezbędnym warunkiem powodzenia.”
Wojciech Kuczok

Książkę otrzymałem dzięki uprzejmości księgarni internetowej Publio.pl.

wtorek, 23 września 2014

Instrukcja obsługi bachora

Czy ktoś z Państwa trafił kiedykolwiek na skuteczny i sensowny poradnik dotyczący radzenia sobie z żoną, mężem, dzieckiem lub teściową? Jeśli tak – to gratuluję i proszę o przedłożenie jakichś wiarygodnych dowodów…

Jestem absolutnie przekonany, że nie istnieje, bo istnieć nie może, instrukcja obsługi drugiego człowieka. Jednak wielu autorów (psychologów, trenerów, nauczycieli, księży, pedagogów, a w końcu doświadczonych rodziców czy znanych małżonków) próbuje wmówić nam, że oto poznali sekret wychowania sobie wiernego męża, oddanej żony lub najszczęśliwszego na świecie dziecka.

Jako młody rodzic, zaglądam czasem do podsuwanych mi książek, których lektura ma sprawić, bym stał się superojcem i megatatą w jednym. Znajduję więc wiele zapewnień, rad, sposobów, tricków, podpowiedzi, propozycji kar i nagród, informacji o niezbędnych gadżetach, bez których nie może się obejść rodzic XXI wieku. A wszystko to podlane zazwyczaj jakimś pseudo-psychologiczno-filozoficzno-moralno-pedagogicznym sosem.

Zdesperowany rodzic kupi wszystko, łącznie z elektronicznym podgrzewaczem do pieluch i podręcznikiem języka migowego, którym ponoć porozumiewać się potrafią nawet kilkumiesięczne kwilące bobaski. Ja aż tak zdesperowany nie jestem!

Jedne z instrukcji obsługi małego berbecia odkładam z obrzydzeniem. Na przykład książkę Harveya Karpa Najszczęśliwsze dziecko w okolicy – jeden z dziesiątek tytułów kalkowanych z angielskiego (język polski stał się dla tłumacza barierą nie do przejścia), zawierających więcej zapewnień o swojej skuteczności niż samych porad. Co jednak najgorsze – autor przekonuje, że nasze dzieci to po prostu jaskiniowcy, więc jedyną właściwą metodą wychowawczą jest przeistoczenie się rodzica w małpoluda, który zamiast wprowadzać dziecko w świat zamieszkały przez, bądź co bądź, osobników cywilizowanych, sam zostanie jaskiniowcem.

Są też książki, które czytam z większym zainteresowaniem. Jak choćby napisany z dużą dozą humoru poradnik Toma Hodgkinsona Być rodzicem i nie skonać. To wielka zachęta do bycia rodzicem „na luzie”, czyli takim, który nie za bardzo angażuje się w organizowanie czasu potomstwu, lecz daje mu przede wszystkim spokój i nie przeszkadza w naturalnych zabawach, nie rezygnując z własnych przyjemności, takich jak spanie na kanapie czy picie wina. W tej części, choć uwodzicielska – nie zgadzam się z autorem. Ale i on sam się ze sobą nie zgadza, gdy kilka strona dalej pisze, że ojciec i matka powinni jak najwięcej bawić się z dziećmi, samemu wymyślając i „produkując” dlań zabawki (najlepiej z drewna), zapewniając mi częste przebywanie na łonie natury i angażować całą rodzinę do najróżniejszych prac domowych, które stać się powinny przyjemnością, a nie karą czy przykrym obowiązkiem.

Hodgkinson, kiedy tylko może, zachwala dobrodziejstwa natury, jako przestrzeni dostarczającej bezpłatnej i najbardziej pożądanej dla dzieci zabawy, nadającej się także znakomicie do celów naukowych i dydaktycznych. Radzi, by unikać lunaparków, multipleksów i placów zabaw, stawiając na wspólne wypady za miasto lub po prostu do parku. Choć najlepiej i najtaniej jest zostać w domu.

Książka jest w równej mierze ciekawa, co irytująca. Uderzają sprzeczne twierdzenia i porady. Antykonsumpcjonizm i deklarowana niechęć do miejsc, w których rodzinne spędzanie czasu nieodzownie wiąże się z wydawaniem pieniędzy, mają swój finał w kolejce do McDrive’a. Miłość dzikiej natury ustępuje wygodnemu leniuchowaniu przed telewizorem (jak przystało na rodzica „na luzie”).

Autor w wielu miejscach odwołuje się do pism osiemnastowiecznych filozofów (Johna Locke’a i Jean-Jaques’a Rousseau). Z lubością cytuje ich dzieła poświęcone wychowaniu dziecka. Zapomina, że i uwielbienie natury ma u niego równie oświeceniowy charakter. Przyroda, również wieś, przedstawiana jest jako idylliczna, bezpieczna i dająca wytchnienie – czyli nieprawdziwa. Hodgkinson, w tym właśnie duchu, maluje nawet obraz biednej, nieodzianej, zmarzniętej i brudnej, lecz jakże szczęśliwej i zdrowej wiejskiej dzieciarni…

Nie dajcie się zwieść!

czwartek, 4 września 2014

Indie raz jeszcze

Drugi raz w tym roku sięgnąłem po książkę nieznanej mi wcześniej autorki – Pauliny Wilk. Drugi raz wszedłem w świat wielkich i odległych Indii, bo o nich właśnie młoda dziennikarka pisze w swej reporterskiej opowieści. Tę książkę naprawdę warto przeczytać. Uważam, że jest znacznie lepsza od opisanej tu przeze mnie wcześniej. Inaczej bowiem niż u Skawińskiego, Lalki w ogniu pomyślane zostały jako całość, a nie zbiór uprzednio powstałych tekstów o różnej tematyce i odmiennych formach.

Autorka ma znakomite pióro, co potwierdziła także w swojej późniejszej książce, poświęconej zbiorowemu portretowi pokolenia moich rówieśników (o Znakach szczeólnych czytaj tutaj). Jej sprawność pisarska dodaje blasku z założenia nieliterackim tekstom; sprawia, że ich lektura jest po prostu przyjemnością, a klarowny zamysł kompozycyjny i przystępność, z jaką potrafi oddać egzotyczne dla nas realia i zawiłości obcej kultury, powodują, że nawet laik – taki jak ja – może śmiało wejść na nieznany grunt i bez obaw dać się prowadzić swojej przewodniczce – Paulinie Wilk.

     „Indie żyją w wielu stuleciach naraz. […] Kariera w korporacji, zamiłowanie do cheeseburgerów i stypendium na brytyjskiej uczelni zwykle znajdują spektakularny finał w hinduskiej ceremonii ślubnej i małżeństwie ze znajomą dziewczyną czy chłopakiem, odpowiednio urodzonymi i zaakceptowanymi przez rodzinę. […]
     Indyjska diaspora szczyci się konserwatyzmem. Im bogatsze rodziny i im więcej mają możliwości, tym bardziej rygorystycznie przestrzegają rytualnej i rodowej czystości – w zamożnych i wpływowych domach biją dwa zegary. Ale tylko jeden posuwa czas naprzód. […]
      Czasy różnie odmierzane, pochodzące z odległych epok, sąsiadują ze sobą w całkowitej obcości: Indie to wszechświaty, które się rozmijają. Bosonogie sprzątaczki z modnych apartamentowców odbywają podróż w czasie. Pochodzą z wiosek pozbawionych prądu i bieżącej wody, żyjących zgodnie z rytmem dnia i nocy. Nowoczesność zjawia się tam jedynie w postaci plastikowego dzbana na wodę, tanich ubrań z poliestru i butelek coca-coli. 
      Stamtąd kobiety trafiają do rozświetlonych metropolii, gdzie skrupulatnie odtwarzają dawny styl życia. Gotują na żywym ogniu, śpią na ziemi, rodzą bez opieki lekarskiej. Najmują się do pracy w ekskluzywnych domach pełnych tajemniczej elektroniki, której boją się dotknąć. 
   Nad głowami niepiśmiennych biedaków przelatują odrzutowce. […] Wieżowce ze szkła i stali rosną dzięki bambusowym rusztowaniom powiązanym konopnymi linami. Tłuste byki ciągną na polach drewniane pługi i płoszą się na dźwięk motorów. […] Jednego dnia rozmijają się wieki.”

Serdecznie dziękuję moim przyjaciołom, którym bezczelnie buchnąłem tę książkę z półki.

czwartek, 28 sierpnia 2014

Indie - terra incognita

O Indiach wiem niewiele. Rzadko w swoich lekturach sięgam po dalekowschodnią tematykę. Jedną z takich niecodziennych książek jest zbiór reportaży Pawła Skawińskiego Gdy nie nadejdzie jutro. Zamieszczone w nim teksty nie składają się na kompletny obraz indyjskiej rzeczywistości, bo i nie mogą. Tak ogromny świat, nieustannie pulsujący, migotliwy, pełen skrajności i nadmiaru; barwna mozaika kulturowa, patchwork różnorakich tradycji i wierzeń, nie daje się ogarnąć jednym spojrzeniem.

Autor pozwala nam zajrzeć pod powierzchnię popularnych wyobrażeń i stereotypów. Zagląda w miejsca, które nie mieszczą się w romantycznym krajobrazie, w którym ekscytacja egzotyką łączy się z bajkowym portretem Indii, znanym z popularnych produkcji Bollywood.

Dodatkową niespodziankę sprawiły mi zamieszczone w książce zdjęcia Ewy Morawskiej – mojej koleżanki ze szkoły średniej, która już w liceum zdradzała różnorakie talenty artystyczne.

     „«Od czasów Homera każdy Europejczyk cokolwiek by powiedział o Oriencie, będzie to rasistowskie, imperialistyczne i prawie kompletnie etnocentryczne», twierdził urodzony w Jerozolimie Amerykanin arabskiego pochodzenia [Edward Said]. […] pił nie tylko do przeciętnego obywatela Zachodu, lecz także do środowiska akademickiego, które w swoich badaniach z góry zakładało, że Wschód jest irracjonalny i upadły, a Zachód rozumny i dojrzały. A to z kolei usprawiedliwiało kolonizatorów w dziele cywilizowania barbarzyńskiej Azji. 
     Czy coś się zmieniło? Nasze postrzeganie świata kształtują media. A tam Indie to przecież wyłącznie egzotyczna ciekawostka, zapychacz serwisów internetowych. Dominują newsy o zaślubinach żab (jako remedium na suszę), zaręczynach dziewczynki z psem (za radą astrologa), o mężczyźnie z Radżastanu, który zginął od eksplozji telefonu komórkowego, lub Lakshmi, dziewczynce o ośmiu kończynach uznanej za boginię.
      Obraz kraju pełnego biedy, krów i slumsów trochę łagodnieje dzięki […] filmom z bombajskiej fabryki marzeń – Bollywood. […]
      Większość z nas nie chce słyszeć o biedzie, woli odkrywać Indie bajkowe, ewentualnie mistyczne, i szukać tam «głębszego sensu».”

środa, 27 sierpnia 2014

Prawo pięści

Mój tata, opowiadając o Warszawie sprzed moich narodzin – w szczególności tej prawobrzeżnej, zawsze podkreślał, że zarówno w szkole, jak i na podwórku, przy trzepaku czy pod budką z piwem, wśród małych chłopców i starszej łobuzerki istniał pewien kodeks zachowań. Podwórkowej sprawiedliwości dochodzono często z użyciem pięści, ale zawsze stając sam na sam z przeciwnikiem – do pierwszej krwi, albo do „basta”. Napady watahą z użyciem kijów czy innych narzędzi były nie do pomyślenia. Drobni złodziejaszkowie, w imię osiedlowej solidarności, nie okradali sąsiadów. Chroniono młodszych i nie zaczepiano dziewczyn. W cenie był honor i dotrzymywanie słowa.

Ja, jako mały chłopak kilkakrotnie zostałem pobity przez bandę wyrostków – często „kolegów z ławki”. Widziałem szkolne przepychanki i bijatyki, w których uczestniczyły także dziewczęta. Wulgaryzacji uległ młodzieżowy język; rozluźniły się lub zanikły normy współżycia – zarówno tego podwórkowego, dziecięcego, jak i dorosłego.

Książka Nikołaja Lilina pokazuje brutalny świat syberyjskich przestępców, przesiedlonych do Naddniestrza; prawdziwych kryminalistów – silnych, niebezpiecznych, szkolonych do przestępczego życia od najmłodszych lat. Ich społeczność nie funkcjonuje jednak wyłącznie na prawach mordu i grabieży. Zasadą życia i postępowania wśród mieszkańców Dolnej Rzeki są syberyjskie prawa i tradycje. Trochę na wzór więziennej grypsery i specyficznych, jasno określonych kodów, gestów i zachowań znanych z zakładów karnych całej Rosji, tworzono kodeks, którego zasady obowiązywały również na wolności. Ich podstawą było także przywiązanie do religii prawosławnej oraz niezliczonej masy przeróżnych zabobonów i ludowych legend. Szacunek do starszych, dotrzymywanie obietnic i przysiąg, opieka nad ludźmi dotkniętymi chorobami (w szczególności umysłowymi), solidarność z całą społecznością jako rozległą rodziną, szczególne obowiązki wobec własnych pobratymców, wyrafinowany język przestępczej dyplomacji, ale także zasady obchodzenia się z bronią, bezlitosne reguły wojen pomiędzy gangami, brutalne prawa zemsty, którym podlegali także bardzo młodzi chłopcy – wszystko to zawierało się w kodeksie tamtego życia.

Autor poznał ów kodeks wychowując się wśród naddniestrzańskich Sybiraków. Niezwykle bezpośrednio, bez zbędnych komentarzy i upiększeń, opisuje zdarzenia sprzed ponad dwudziestu lat, podkreślając przy tym smutny fakt powolnego odchodzenia tamtejszej społeczności od dawnych norm i zasad.

Być może, jak każe sądzić Mateusz Salwa – tłumacz książki, trudno traktować ją jako autentyczną autobiografię. Jest to raczej paradokument, którego kanwą były młodzieńcze doświadczenia autora. Uważny czytelnik dostrzeże zresztą niekonsekwencje fabularne i nieścisłości. Nie zdołają one jednak zepsuć tej lektury.

Książkę otrzymałem dzięki uprzejmości Księgarni Matras.

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Języczek uwagi

Trzej muszkieterowie polszczyzny, trzej wybitni językoznawcy, kulturyści (tak mówi się o specjalistach od kultury języka), dobrze znani szerokiej publiczności z wielu programów, audycji, książek i słowników, podpowiadających nam jak mówić poprawnie. Ich pasjonująca rozmowa, moderowana przez Jerzego Sosnowskiego (radiowca i również polonistę), odkrywa przed nami meandry naszego języka, jego możliwości i ograniczenia, cechy przezeń nabyte i wrodzone, tendencje, procesy, a także scenariusze rozwoju. Profesorski tercet nie prowadzi tu jednak akademickiej dyskusji, nie przemawia ex cathedra. Panowie Bralczyk, Miodek i Markowski rozmawiają ze sobą na przyjacielskiej stopie, swobodnie i z humorem. To właśnie ich dowcip (tożsamy niegdyś z inteligencją) i niebagatelne zdolności w operowaniu ciętą ripostą stanowią o prawdziwym uroku książki, która ponadto, dzięki Przemkowi Dębowskiemu i Wojtkowi Kwiecień-Janikowskiemu zyskała znakomitą, oryginalną szatę graficzną, zasługującą na osobne pochwały. Polecam jej lekturę wszystkim, przytaczając na zachętę krótki, jakże wulgarny passus:

„Miodek: Musimy powiedzieć też, że owszem, ubolewamy nad stopniem zwulgarnienia stadionów, ulicy, tramwajów, ale – bądźmy szczerzy – tysiące dowcipów bez wtrącanych weń wulgaryzmów przestaje być dowcipami. Opowiem jeden: Znany warszawski reżyser namawiany jest do tego, żeby się przeprowadził do Wrocławia. «Tu jeszcze gruzy, ruiny i zgliszcza, kiedy ta Warszawa stanie na nogi? Więc przyjedź do Wrocławia!». Lecą argumenty socjologiczne. «Nie, nie, ja Warszawie będę wierny do końca życia». Pada więc inny argument: «Słuchaj, Wrocław to miasto zieleni, parków…». A on na to: «A co ja, k…, mszyca jestem?». I teraz powiedzcie to bez tego przerywnika…

Bralczyk: Tak, bez mszycy byłoby gorzej…”

Niniejszą książkę kupiłem sobie sam!

czwartek, 24 lipca 2014

Self-publishing

Schlebiając swoim grafomańskim ciągotom, wiedziony brakiem innych możliwości publikacji, wbrew szeroko rozumianej przyzwoitości, nie licząc się z krzywdą i cierpieniem odbiorców, postanowiłem bezczelnie udzielić światu rąbka własnej twórczości, której muzą jest nieodmiennie moja kochana żona:

      Nie nadaję się na singla

      nic bym nie prał, nie prasował, nie mył się i nie gotował
      nie zarabiał bym zbyt wiele, tylko leżał, jak to cielę
      nic bym w życiu nie osiągnął – byłbym matoł, byłbym mongoł
      chodziłbym nieogolony, gdybym musiał żyć bez żony

      nic nie wiedziałbym o świecie, jak we mgle błądzące dziecię
      żadne nauki, ni kościoły, żadne studia, ani szkoły
      na niewiele by się zdały – byłbym nieuk zatwardziały
      cepem zwykłym mógłbym być, gdybym miał bez żony żyć

      pił bym, palił i się staczał, w brudnych sprawach palce maczał
      w środowisko złe bym wpadł, może nawet bił lub kradł
      strasznie byłbym zły i brzydki, a na domiar mdły i płytki
      co bym ja też wówczas dał, bym jak dzisiaj żonę miał

      sam bym spał i sam bym wstawał, sam do siebie byłbym gadał
      samiuteńki, sam jak palec, stary niedźwiedź i zgorzknialec
      smutny struty pesymista, safanduła – ludzka glista
      no i nie miał bym dzidziusia, gdybym żyć bez żony musiał

      wszak nie można w pojedynkę, cieszyć się wspaniałym synkiem
      nie da się też z samym sobą grać w cokolwiek zespołowo
      ani w klasy, ani w łapki, w karty, w kropki, w scrabble, w statki
      ni w rumikub, ni też w "pingla" – nie nadaję się na singla!

środa, 16 lipca 2014

Tańczący z niedźwiedziami

Niegdyś, za starych dobrych i słusznie minionych czasów, z lekkim uśmieszkiem pokpiwano ze Związku Radzieckiego, opowiadając legendę o niedźwiedziach przechadzających się moskiewskimi ulicami. Historyjka ta miała zresztą swoje lokalne odmiany, tyczące się także krajów tzw. bloku wschodniego, zwanych pieszczotliwie „demoludami”. Dla mieszkańców „zgniłego Zachodu”, byliśmy wówczas odległą planetą – dziką, egzotyczną i nieatrakcyjną, odgrodzoną szczelnie „żelazną kurtyną”. 

Opowiastka o niedźwiedziach nie miała oczywiście nic wspólnego z prawdą. Albo prawie nic… W niektórych miastach Bułgarii, Rumunii czy Ukrainy, a czasem także Polski i oczywiście ZSRR, pojawiali się niekiedy cygańscy niedźwiednicy, pokazujący gawiedzi tresowane misie; wykonujące cyrkowe sztuczki, kołyszące się na tylnych łapach w rytm wygrywanych melodii.

Witold Szabłowski w swojej najnowszej książce opisuje drogę do wolności bułgarskich niedźwiedzi, które dzięki unijnym przepisom i niezwykle sprawnym działaniom pewnej fundacji zostały odebrane Cyganom i umieszczone w specjalnie stworzonym rezerwacie. Autor rozmawia zarówno z ekologami walczącymi o prawa zwierząt, jak i samymi niedźwiednikami, którzy muszą pożegnać się ze swymi „podopiecznymi”, tracąc jednocześnie źródło zarobku, będące niejednokrotnie podstawą ich egzystencji. Naświetla wszelkie aspekty przeprowadzanej akcji, odsłaniając ambiwalentność tych działań, a przede wszystkim pozorną wolność, jaką zapewniono niedźwiedziom wyrwanym ze środowiska, do którego przywykły, mimo bólu i cierpienia zadawanego im przez właścicieli.

Sytuacja bułgarskich niedźwiedzi posłużyła Szabłowskiemu jako poręczna metafora naszej postkomunistycznej rzeczywistości, która w pewnych aspektach do złudzenia przypomina zafundowane zwierzętom przyspieszone korepetycje z niełatwej wolności. Reporter zagląda w różne okolice odzyskanej Europy (Ukraina, Polska, Bułgaria, Albania, Estonia, Grecja), nie zapominając też o innych spadkobiercach Kraju Rad, jak Kuba czy wreszcie obecna Federacja Rosyjska. Wszędzie znajduje zdarzenia, zachowania, praktyki i problemy zaskakująco zbieżne z tymi, które wcześniej zaobserwował w Parku Tańczących Niedźwiedzi.

      „Niestety, nasze niedźwiedzie mają nie tylko zapach, ale i mentalność niewolników. Dwadzieścia, trzydzieści lat były przyzwyczajone, że ktoś za nie myśli, zapewnia im zajęcie, mówi, co mają robić, co będą jeść i gdzie spać. To nie było idealne życie dla niedźwiedzia, ale innego nie znały.”

        „Pierwsza i najważniejsza rzecz, której niedźwiedzie muszą się nauczyć na wolności, to że ma ona swoje granice.
       Granicą jest w ich wypadku elektryczny płot pod napięciem, rozciągnięty wokół całego parku. Musi tu stać, żeby niedźwiedzie nie uciekły z parku do świata, w którym nie umieją żyć. W rezerwacie mogą więc wszystko – mogą iść, gdzie chcą, jeść, co chcą, mogą spać, mogą się bawić, mogą uprawiać seks.
         Byle nie dotykały płotu."

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Wyszedłem drukiem

Kilka moich słów o jednej z najlepszych książek, jakie przeczytałem w ostatnim półroczu zamieścili "Wspólnicy" - bezpłatne czasopismo Dzielnicy Śródmieście. Zachęcam do czytania i książki, i recenzyjki, i nowego numeru gazety, który znajdą Państwo tutaj.



piątek, 20 czerwca 2014

Świat za 300 lat

Nie znam się na science fiction. Pociesza mnie jednak fakt, że w ogóle mało kto zna się na tym, jak będzie wyglądał nasz świat w roku 2368, do którego zabiera nas Przemek Angerman – autor Tożsamości Rodneya Cullacka – dystopii o mocnym zabarwieniu filozoficznym. Przedstawiana w książce wizja przyszłości, w której ludzkość zdążyła już stoczyć (w granicach własnego gatunku) kosmiczne wojny i posiadła umiejętności niemal dowolnego manipulowania nie tylko organizmem, lecz także umysłem człowieka, jest zaiste przerażająca. Znalazłem w niej motywy ze znanych filmów: Faceci w czerni czy Matrix, ale najważniejszym filmowym odniesieniem będzie tu z pewnością Truman show – opowieść o świecie do szczętu zmanipulowanym, o człowieku, który, wbrew własnemu przekonaniu, żyje nie swoim życiem. Tu także mamy do czynienia z bohaterem poszukującym własnej tożsamości, próbującym zajrzeć pod powierzchnię rzeczywistości, która w futurystycznym ujęciu Angermana jest niczym innym jak technologicznie upgradeowanym totalitaryzmem; straszniejszym, bo zdolnym tworzyć ludzi, będących nieświadomymi niewolnikami, ochoczo spełniającymi zamierzenia tyranów w przekonaniu, że determinują ich jedynie własne dążenia. Wśród literackich odniesień znajdzie się więc i Orwell ze swoim Rokiem 1984 i Aldous Huxley z Nowym wspaniałym światem. Wśród postaci Tożsamości Rodneya Cullacka są oczywiście dwójmyślący. Są też i tacy, którym do życia wystarczy odurzenie się ogólnodostępnymi substancjami psychoaktywnymi lub po prostu gładkie przełykanie propagandowej papki międzygalaktycznej telewizji. Richard Zonga – główny bohater i zarazem narrator – próbuje odkryć prawdę, stara się za wszelką cenę odnaleźć swą prawdziwą tożsamość i uświadomić pozostałym ofiarom manipulatorskiej władzy, na czym w istocie zasadza się ich bałwochwalcza i zarazem wiernopoddańcza relacja z wszechpotężną Matką. Jego odkrycia zaprowadzą czytelnika daleko poza granicę naukowych i literackich rozważań o przyszłości. W powieści Przemka Angermana stają się bowiem niezwykle sugestywną materializacją naszych dzisiejszych lęków. 

Jedyne, co przeszkadzało mi w lekturze, to nadgorliwość autora, skłaniająca go do wkładania w usta Richarda Zongi wielu konkluzji, spostrzeżeń i wniosków, które w moim przekonaniu należałoby pozostawić inteligencji i empatii czytelnika.

        „Czy to nie przebiegłe – zbudować takie więzienie, którego krat nie widzisz? Co więcej, gdy ktoś próbuje coś o nim powiedzieć, jesteś gotowy go zabić, gdyż wydaje ci się, że atakuje on twoją wolność. Do końca będziesz bronił siebie, swojej wolności i swojej osobowości. Do ostatniej kropli krwi. Tyle tylko, że ta osobowość nie jest twoja. Podmieniono ją na wygodną dla nich…” 

Za książkę i miłą dedykację dziękuję Przemkowi Angermanowi.

poniedziałek, 12 maja 2014

„…zielony ma garniturek”

Michał Ogórek to rzadki okaz wymierającego gatunku satyryków – autorów niegdysiejszych inteligentnych programów kabaretowych, piosenek pisanych poprawną polszczyzną i dowcipów opowiadanych w tzw. dobrym towarzystwie, czyli rzeczy obecnie nie występujących w naturze, podobnie jak sami satyrycy.

Pisanie z polotem i fantazją; niepoważnie, a jednak do rzeczy; dla śmiechu, ale nie dla wygłupu; z ironią, lecz bez chamstwa stało się dziś rzemiosłem zapomnianym, zaprzeszłym... Polska ogórkowa jest takiego pisania przykładem, jeśli nie wzorem. 

Ogórek zwraca swe szkiełko i oko humorysty ku rozmaitym przejawom otaczającej nas rzeczywistości, która pod jego piórem staje się znacznie bardziej zabawna, niż byśmy na ogół sądzili. Znakomitym orężem autora jest paradoks – z logicznego punktu widzenia nieprzydatny, pusty; tu wspaniale oddający charakter błyskotliwych spostrzeżeń.

Zaproponowane w tej książce lekcje, nie będą raczej odrabiane w szkołach. To my – dorośli i wykształceni – powinniśmy je zaliczyć i wzajemnie się odpytać. Dla własnego dobrego samopoczucia!

Z książki:

      „Jabłka w reklamach telewizyjnych jedzą tylko ci, co mają sztuczne szczęki. Trudno zobaczyć w tym zachętę. Dzieci w tych reklamach jedzą tylko cukierki i czasem zachwycą się zupą w proszku. Dopiero jak będą miały sztuczną szczękę, zaczną jeść jabłka. Ale wtedy nie wiadomo po co.”

Książkę otrzymałem dzięki uprzejmości księgarni internetowej Publio.pl.

środa, 7 maja 2014

Portret własny

Jesteśmy dobrze wykształceni, znamy języki, chętnie podróżujemy, znamy się na polityce i gotowaniu, umiemy wydajnie pracować w stresie. Chętnie podejmujemy nowe wyzwania, szybko adaptujemy się do nowych warunków. Mamy ambicję i dalekosiężne aspiracje. Potrafimy działać szybko i skutecznie. Precyzyjnie planujemy ścieżki rozwoju i kariery. Coraz bardziej czujemy się obywatelami świata, bez kompleksów korzystającymi z oferowanych przezeń możliwości. 

Jesteśmy też egoistyczni, zapatrzeni w siebie, zachłanni i niecierpliwi. Chcemy natychmiast, już na starcie, otrzymywać wysokie wynagrodzenia i awanse. Bezwzględnie rozpychamy się łokciami. Z zaciśniętymi zębami rzucamy się do „wyścigu szczurów”. Nie umiemy tworzyć dobrosąsiedzkich relacji, ani współpracować z innymi. Odgradzamy się od siebie nawzajem, skrupulatnie pilnując granic. Żyjemy w kulcie pieniądza i nieustannej, rozbuchanej konsumpcji. 

Taki obraz moich rówieśników – ludzi urodzonych około 1980 roku – odmalowuje Paulina Wilk w książce Znaki szczególne, mającej być „pierwszą autobiografią dzieci polskiej transformacji”. Wyglądamy na nim niezbyt pięknie, choć jest w nas także coś pociągającego. Stylowe fryzury, eleganckie stroje, nowoczesne gadżety. Młodość, sprężystość i dziarskie, wyzywające spojrzenie. Ale też pierwsze rysy, zmarszczki, blizny… Nieład, chaos. Kurczowo zaciśnięte pięści i schowane za plecami pałki. Mur obojętności wobec innych i strach o samego siebie. Ot – portret Doriana Graya.

       „Dopiero moje pokolenie zaczęło odmieniać spełnienie marzeń w liczbie pojedynczej, wyraźnie mówiąc o życiu w zgodzie z indywidualnymi potrzebami, z samym sobą. Lata «inwestowania w siebie» stanęły w sprzeczności z «rezygnowaniem z siebie» dla rodziny. Codzienne negocjacje ze swoim ego, dotąd szybko zaspokajanym. Pojawiły się nieznane nam wcześniej wyzwania: odsuwanie własnych potrzeb, dawanie pierwszeństwa temu, co wspólne. Rodzenie dzieci, które pozbawiają prawa do myślenia wyłącznie o sobie. 
      Zaczęło się bolesne ćwiczenie nowych umiejętności i niewygodnych pozycji. Statystycznie przybywa małżeństw, które tej próby nie wytrzymują. «Wytrzymywać» to w ogóle nie jest kategoria z bieżącego świata […]. My wierzymy, że stanowimy część obiegu niewyczerpanych możliwości. Zresztą niemal wszystkie nasze dotychczasowe przeżycia wskazują, że nie warto zadowalać się tym, co się ma – należy to aktywnie modyfikować, poprawiać albo zmieniać. Zmiana najszybciej prowadzi do lepszych rozwiązań, tak w każdym razie było w przypadku komputerów, butów do biegania, zakładów kosmetycznych oraz firm, z którymi rozstawaliśmy się, by zaraz poznać inne. Podobnym zabiegiem, zastosowanym wobec człowieka, jest rozwód. […] 
          Nie wierzymy w ostateczność, wyznajemy odnawialność.”

Książkę otrzymałem dzięki uprzejmości księgarni Matras.

środa, 23 kwietnia 2014

Termit termitowi człowiekiem

Oto wdzięczny przykład, czego dowiedzieć się możemy z naukowych ustaleń prowadzonych przez najwybitniejsze termicie umysły, oddające się swej zoologicznej pasji – próbie wiernego opisania Człowieka, który żyje „tuż na powierzchni ziemi, a nawet umie zagłębiać się w nią i czyni to przy pewnych okazjach, a z reguły po śmierci”:

„Tak, proszę Państwa, cywilizacja homo się zmienia i w ślad za jej zmianami zmieniać się musi technika naszych badań. […] Temat badany zmienia się szybciej niż nasze metody badania. Badając homo-cywilizację, musimy być przygotowani na to, że odkryjemy prawa sprzeczne ze sobą i ze zdrowym rozsądkiem, rozsądkiem jednak zgodne z rzeczywistością. Ostatnio okazało się, na przykład, że rację mieli uczeni starej szkoły, gdy twierdzili, że homo zanurzony w wodzie traci na wadze tyle, ile waży woda wypchnięta przez homo; lecz że rację mieli również uczeni szkoły późniejszej, dowodząc, iż woda, w której zanurza się homo, zyskuje na wadze tyle, ile ważą wszystkie grzechy zanurzonego w niej homo".

Tak o nas rozprawia jeden z niewielu termitów znanych ludzkiej literaturze – utrwalony na celulozie przez Stefana Themersona – profesor Mmaa. Jego Wykład… zmusza nas do refleksji, nie przerywając śmiechu.

środa, 16 kwietnia 2014

Moja nowa twarz

Krótki tekst o jednej z najciekawszych książek non-fiction ostatnich miesięcy zamówił u mnie Wydział Kultury dla Dzielnicy Śródmieście m. st. Warszawy - wydawca czasopisma "Wspólnicy", którego najnowszy numer zyskał nową szatę graficzną, a ja, przy okazji, nową twarz. Zdjęcie do publikacji przygotował Zbigniew Dobruś, opracowaniem plastycznym zajął się Piotr Rudź. Jak się Państwu podobam?


Periodyk jest dostępny zarówno w wersji papierowej, jak i elektronicznej.

wtorek, 8 kwietnia 2014

Telewizja łamie!

Od ośmiu lat nie mam w domu telewizora. Uprzedzając najczęstsze pytania, odpowiem od razu: na co dzień się nie nudzę i mam co robić. W dodatku – jestem szczęśliwym człowiekiem, którego omijają tysiące i tysiące bzdur serwowanych tzw. szerokiej publiczności. Czasem jednak, przy okazji pobytu u rodziny czy znajomych, zerknę w telepudło. Zapłaczę nieraz, że przegapiłem dobry film, albo program publicystyczny – choć te w większości mogę oglądać w Internecie… Coraz częściej jednak moje zdumienie nie ma granic. Ostatnio miałem okazję przekonać się jak wielką część ramówki polskich stacji zajmują seriale. A wśród nich tryumfujące obecnie produkcje, w których występują amatorzy pobieżnie przyuczeni do tego, by jakoś się przed kamerą zachowywali. Reżyserowane na siłę (co widać nachalnie) seriale o policjantach, lekarzach, opiekunkach do dzieci, sprawach sądowych i ratownikach medycznych to crème de la crème rodzimej rozrywki. Przygotowane dla najmniej wyrobionego widza, wyposażone są zazwyczaj w lektora, który z offu tłumaczy relacje pomiędzy bohaterami odcinka i co kilka minut streszcza fabułę, by odbiorca-matoł nadążył za tym, co się dzieje. Fenomen tych produkcji i ich popularność przeraża mnie strasznie. Zastanawiam się tylko, czy to odbiorcy naprawdę żądni są tego typu papki, czy też telewizja uprawia tu manipulację, zakładając z góry, że jej widz to kretyn skończony?

Hitem ostatnich tygodni, w moim prywatnym rankingu obciachu i matołectwa jest jednak inny program, którego nazwa wyczerpuje już moje zdolności przyswajania kolejnych dawek głupoty. Mam na myśli show o wdzięcznym tytule „Twoja twarz brzmi znajomo”. Jaki bęcwał, jełop i specjalista od marketingu, a wreszcie dyrektor programowy itd. wymyślił, przyjął, zatwierdził i wprowadził do dystrybucji to hasło? Przecież to uwłacza wszelkim standardom. To psuje język, to kaleczy ucho, powoduje wstrząsy, dreszcze, łzawienie i ślinotok. Ręce mi się same zaciskają w bezwiednym poszukiwaniu mordy, którą trzebaby obić za tak rażący językowy kulfon i wygibas. Zawartość, pardon, merytoryczną show z udziałem gwiazd, miłosiernie przemilczę.

środa, 2 kwietnia 2014

Sztukmistrz z Gdańska

W ramach odrabiania zaległości, przeczytałem powieść zupełnie nieznanego mi dotąd (o zgrozo!) Stefana Chwina. Hanemann nie rzucił mnie na kolana, jednak wiele razy zaciekawił i zauroczył. Bo to bardzo porządna proza, dostojna, nieco tajemnicza, niedopowiedziana… Jej bohaterowie dotykają cienkiej granicy pomiędzy wolą życia, a pragnieniem śmierci, pomiędzy własną bezradnością wobec historii, a uporem w poszukiwaniu utraconego szczęścia. Spoza ciemnego mroku wojny, z cieni dawnego wielokulturowego Gdańska wyłaniają się delikatne pasemka przędzy zwane ludzkim losem. Między nimi srebrzy się nić Adama – niemowy, sieroty – małego chłopca, pędzącego biedne i bezdomne życie pośród gapiów, przed którymi odkrywa swój niezwykły talent: 

          „Ze śmieszną, nieco wyzywającą ostrożnością położył kapelusz na ziemi, tuż przy nodze, jakby w obawie, że ktoś mu świśnie brudnoniebieskie papierki, i raz prawą, raz lewą dłonią, niedbale, bez pośpiechu, kreśląc przed sobą to krągłe, to kanciaste kształty, zaczął wyjmować palcami z powietrza jeden po drugim niewidzialne przedmioty, a ludzie stojący wokół ognia odgadywali, co ma na myśli. […] Ukłonił się, zapalił niewidzialne cygaro, gasząc paroma strzepnięciami niewidzialną zapałkę. Przeliczył niewidzialne banknoty, które sfrunęły z nieba, z pańską nonszalancją oparł się na niewidzialnej lasce… A wszystko to było i śmieszne, i trochę obraźliwe, i trochę nieprzyzwoite, lecz gdy kobiety zachichotały, przerwał na moment, obrzucając widzów karcącym spojrzeniem, po czym przytknął dłonie do policzków, przytrzymał parę chwil i szybkim ruchem odjął je od twarzy… Kobieta stojąca najbliżej aż zasłoniła sobie usta dłonią. Nawet Hanka poczuła lęk. Te oczy, coś niedobrego w uśmiechu – bolesny, napięty błysk oczu, a jednak rozbawiający… […] chłopiec powoli podniósł kapelusz, przechylił w lewo, potem w prawo, tanecznym krokiem okrążył ogień, stuknął obcasami i nagle rozluźnił się w anielskim uśmiechu. Kobieta odetchnęła z ulgą, ktoś zaklął żartobliwie z uznaniem, ktoś sięgnął do portmonetki.”

sobota, 22 marca 2014

Watergate po polsku

„Humpty Dumpty na murze siadł.
Humpty Dumpty z wysoka spadł.
I wszyscy konni, i wszyscy dworzanie.
Złożyć do kupy nie byli go w stanie.”

Tę zgrabną, popularną ponoć w Ameryce, wyliczankę w posłowiu do książki przywołał Piotr Tarczyński, wskazując na jej powiązania z oryginalnym tytułem (All the King’s Men), gdzie domniemanym królem ma być właśnie Humpty Dumpty. Cytowana rymowanka, moim zdaniem, znakomicie oddaje problem przedstawiony przez autorów Boba Woodwarda i Carla Bernsteina, którzy w niezwykle interesujący sposób zrelacjonowali swoje dziennikarskie śledztwo, dotyczące słynnej „afery Watergate”.

Poza ujawnieniem przez reporterów Washington Post, że Biały Dom pod rządami Richarda Nixona prowadził szereg nielegalnych działań szpiegowskich, których celem byli przede wszystkim przedstawiciele partii Demokratycznej, udało się także wykazać, że kiedy działania te wymknęły się spod kontroli i wiadomości o nich wyciekły do mediów, wielu z najbliższych współpracowników prezydenta i wysoko postawionych funkcjonariuszy państwowych zaangażowało się w tuszowanie niezgodnych z prawem poczynań, starając się uratować własną reputację i wykręcić się od odpowiedzialności, a przede wszystkim ochronić Nixona. Szeroko zakrojona akcja odcinania się od zarzutów o zakładaniu nielegalnych podsłuchów, zatrudnianiu szpiegów i finansowaniu działań sabotażowych z ukrytego funduszu, do którego trafiały bezprawnie zgromadzone środki, próba zdyskredytowania dziennikarzy, zajmujących się sprawą Watergate, zastraszanie pracowników Białego Domu i kłamliwe deklaracje przedkładane przez waszyngtońską administrację nie powstrzymały, jak wiemy, przed ostatecznym upadkiem republikańskiej władzy i przerwaniem drugiej kadencji Nixona, zmuszonego do rezygnacji z urzędu. Był to jedyny prezydent w historii USA, który ustąpił ze stanowiska. 

Książka Woodwarda i Bernsteina była z kolei największym sukcesem wydawniczym tamtego czasu. Wydana w czerwcu 1974 roku stała się od razu bestsellerem, a prawa do jej ekranizacji wykupiono jeszcze zanim autorzy zdołali ją napisać (sic!). Redakcja Washington Post, rok przed jej publikacją, odebrała już Nagrodę Pulitzera za teksty o Watergate, których autorami byli przede wszystkim Bob Woodward i Carl Bernstein.

Dziś polski czytelnik może po raz pierwszy zapoznać się z tym niebagatelnym dziełem, które na stałe zapisało się w historii światowej literatury faktu. To nie tylko relacja z przeprowadzonego śledztwa, ale także świetny, żywy i wciągający zapis sensacyjnej gry jaką autorzy toczyli z niezmiernie trudnym przeciwnikiem, której stawką była nie tylko reputacja ówczesnej amerykańskiej władzy najwyższego szczebla, ale także racja mediów, stojących w tej rozgrywce na straży etycznych standardów życia społecznego i wartości, jakim Amerykanie dali wyraz w swojej konstytucji. Polecam.

Książkę otrzymałem dzięki uprzejmości księgarni internetowej Publio.pl.

środa, 19 marca 2014

W Poradniku Bibliotekarza

Kilka miesięcy temu mój tekst zamówił i opublikował Poradnik Bibliotekarza (sic!). Artykuł O potrzebie teatru otworzył dodatek poświęcony edukacji teatralnej w bibliotece. Poniżej krótki fragment i link do pełnej wersji tekstu oraz całego wydawnictwa, dostępnego online:

     "Edukacja teatralna, jak nazywam tu całą paletę zajęć, korzystających z aktorskiego i reżyserskiego instrumentarium, wiąże się także z kształtowaniem nawyków prawidłowego mówienia, świadomego operowania głosem i podnoszeniem kompetencji w zakresie interpretacji tekstu. Zwłaszcza tekstu artystycznego. Jest więc zabawa w teatr okazją do niestandardowego, nieszablonowego i odmiennego od proponowanego na lekcjach języka polskiego, spotkania z literaturą. Praca nad wierszem czy rolą w przedstawieniu niejednokrotnie daje możliwość głębszej analizy utworu poetyckiego lub dramatycznego. Zakłada bowiem przyjęcie słów bohatera, podmiotu lirycznego, jako własnych. Próba aktorskiego zaangażowania się w inscenizację tekstu może być, i jest w istocie, wspaniałym sposobem na przezwyciężenie pokutującego u wielu przekonania o czytaniu jako żmudnej i nudnej praktyce, właściwej tylko skazanym na nią uczniom i studentom, których pod przymusem nakłania się do obcowania z książką. Tu właśnie widzę szczególny sens wprowadzania elementów teatru do zabaw, spotkań, warsztatów i zajęć organizowanych przez biblioteki. Teatr może być przecież sprzymierzeńcem bibliotek jako niezwykle atrakcyjne narzędzie, pomocne w rozbudzaniu czytelniczych potrzeb i gustów."

Całość przeczytać można, klikając tutaj. Miłej lektury!

sobota, 8 marca 2014

Diabelski tuzin

Krzysztof Miller pisze szybko, prosto, konkretnie. Krótkie zdania. Błyskawiczne jak migawka aparatu fotograficznego, jak skok do wody z trampoliny (Miller w tej dyscyplinie był mistrzem Polski!) – na główkę. Bezkompromisowe, brutalne wręcz relacje z rozlicznych wojennych frontów, które jako fotoreporter dokumentował dla polskich i zagranicznych agencji informacyjnych. Relacje, raczej z trudem porządkowane dziś wspomnienia z trzynastu piekieł: miast, gór, lasów i pól śmierci. Z Gruzji, Czeczenii, Górskiego Karabachu, Rumunii, Afganistanu, Konga, Rwandy, Burundi i RPA. Ta książka to świadectwo graniczącego z szaleństwem heroizmu, albo bezbrzeżnej i pozbawionej rozumu brawury, każącej korespondentom wojennym (fotografom w szczególności) ryzykować życiem i pchać się na pierwszą linię, by w ogniu karabinów i artylerii zbierać swój materiał – śmierć, ból i cierpienie. Bo tylko tym nakarmią redakcje, które zainwestowały poważne pieniądze, by na tej czy innej wojnie mieć własne bezpośrednie źródło informacji.

Pchał się i na te fronty Miller. Bo to praca ciekawa, z adrenaliną i nieoczekiwanymi zwrotami akcji. Bo to lepsze niż robienie materiałów w kraju, gdzie pokój i nuda. Bo być może to jednak misja, polegająca na oddaniu choćby fragmentu medialnej przestrzeni cierpiącym i potrzebującym? Być może to konieczność lub po prostu obowiązek zaświadczenia o dramatycznych wydarzeniach, których nikt prócz znajdującego się w ich centrum reportera nie opowie reszcie świata?

Jedno jest tyko pewne. Takiej pracy nie można wykonywać bez szwanku. Nawet jeśli Millerowi udało się z tak wielu wojen wrócić w jednym kawałku, dostać za swoje zdjęcia wiele prestiżowych nagród, zapłacił wysoką cenę. 

      „Czarny wrzesień do mnie nadciągnął dwa, może trzy lata temu, bo już mi się myli. I rzeczywiście był czarny. Bujałem się w fotelu na biegunach. Kotary były szczelnie zasłonięte, żeby żaden snajper z Bukaresztu roku 1989 mnie nie dojrzał. Nie wychodziłem na ulice, żeby ostrzał rosyjskiego moździerza mnie nie dopadł. Nie kupowałem jedzenia, żeby głodni Hutu z Konga mi go nie zaiwanili. Bujałem się tylko, a myśli i wspomnienia przelatywały przez moją głowę setkami na minutę. Jak samoloty w Afganistanie atakujące pozycje Talików. Aż moi znajomi zrozumieli, że muszę pójść po radę do fachowca od głowy. Szamana leczącego takich jak ja wojennych rozbitków. Którzy ze wspomnieniami sobie nie radzą. Trafiłem do kliniki stresu bojowego przy Wojskowym Instytucie Medycznym, gdzie doktor pułkownik wziął mnie pod opiekę. […] Wspominam ten czas ambiwalentnie. To znaczy jest OK. Pomogło. Stabilizatory emocjonalne, jak eufemistycznie nazywa się psychotropy, pomogły. […] Powoli. Krok za krokiem. Wychodziłem z czarnej psychicznej dziury na prostą. Wróciłem do życia."

środa, 5 marca 2014

Robię show

Zazwyczaj piszę tu o książkach i z rzadka o spektaklach obejrzanych tu i tam. Jednak przedsięwzięcie, nad którym pracuję ostatnio, jako niezwykle dla mnie ważne, postanowiłem i tu pokrótce zaanonsować.

Po wielu latach stania na scenie, wreszcie z niej zlazłem, by popracować jako reżyser. Wraz z piętnastką utalentowanych młodych ludzi, tworzących na co dzień zespół wokalny Edyta Band, ich opiekunką - Edytą Kiesewetter oraz niezrównaną choreografką Jolą Wdowczyk, przystąpiłem czas jakiś temu do przygotowania prawdziwego musicalu.

Ja po raz pierwszy reżyseruję spektakl muzyczny, dzieciaki po raz pierwszy uczestniczą w próbach do przedstawienia i pierwszy raz będą na scenie nie tylko śpiewać, co potrafią doskonale, ale także zmierzą się z poważnymi zadaniami aktorskimi i tanecznymi... To jednak nie koniec wyliczanki!

Przedstawienie złożone jest z piosenek napisanych i skomponowanych na zamówienie Domu Kultury "Włochy" przez pana Marka Pawła Błaszczyka oraz libretta, które (za namową Wiesławy Sadowskiej - Dyrektor DKW) odważyłem się napisać - także pierwszy raz w życiu.

 Już niebawem - 15 marca o 17:00 w Okęckiej Sali Widowiskowej Domu Kultury "Włochy" (przy 1 Sierpnia 36a) odbędzie się premiera godzinnego widowiska "Trzepak Show", na które już dziś serdecznie zapraszam. Ostatnie próby przekonują nas, że wylane w ich trakcie litry potu i łez, nie poszły na marne. Jest szansa na, mówiąc skromnie, duży sukces. Jeśli oczywiście nie zeżre nas trema...

Na zachętę - scenografia autorstwa Pawła Czajkowskiego:

"Trzepak Show"
fot. Marlena Pióro

czwartek, 20 lutego 2014

Lektura niezobowiązująca

Po nową powieść Borisa Akunina sięgnąłem z ciekawością, aczkolwiek – nie bez oporów. Mój entuzjazm dla tego autora gwałtownie przygasł po lekturze Pór roku – książki nieudanej i pełnej banałów. Tym razem znakomity „kryminalista” oddał w nasze ręce powieść przygodową, awanturniczą, wykorzystującą dobrze znaną w tym gatunku kompozycję szkatułkową. Wiele z jej motywów nawiązuje do tradycyjnych toposów. Jest więc wyspa skarbów, jest ekspedycja poszukiwawcza, są tajne skrytki i bohaterowie, którzy z wszelką cenę chcą ów skarb zdobyć. Nie zabrakło także korsarzy, bitew morskich, egzotycznych miejsc i oczywiście – intrygi miłosnej. Akunin nie po raz pierwszy włącza do swej powieściowej gry postacie, którym każe działać pod przykryciem – czasem jest to tylko pseudonim, czasem mylące przebranie, ale zdarza się im również występować w powłoce zgoła nie ludzkiej, lecz ptasiej…

Nie jestem znawcą książek przygodowych. Być może koneserom powieść Sokół i Jaskółka wyda się zbyt przewidywalna lub po prostu nazbyt podobna do już istniejących, choćby klasycznych realizacji gatunku. Ja zakwalifikowałbym ją do lektur, nadających się przede wszystkim na wakacje, kiedy chcemy odpocząć nieco od poważnych tematów i książek wymagających większego zaangażowania intelektualnego. Polecałbym ją jako niezobowiązującą zabawę również młodszym czytelnikom. Dla młodzieży jest to z pewnością propozycja znacznie lepsza niż dominujące na rynku sagi o wampirach.

Kto ma ochotę zaokrętować się na piracki statek i przenieść się w czasie aż do początku osiemnastego wieku, niech się śpieszy – podstępny kapitan już podnosi kotwicę! (Bez skojarzeń, proszę.)