czwartek, 15 lutego 2018

Spóźnione Walentynki

w pośpiechu, głupim życia pędzie
w gonitwie błahych spraw codziennych
umyka nam spod stóp podstawa
ta nasza miłość – grunt bezcenny

coraz się szybciej kręcą tryby
stukają tłoki, świszczą koła
chciwie powietrze łapie w biegu
ta nasza miłość – zagoniona

w wiecznym spóźnieniu, niedoczasie
ciut niewyspani i wymięci
spróbujmy wpisać w kalendarze
tą naszą miłość – dla pamięci

piątek, 9 lutego 2018

Baśń o polskim Indianinie

Każdy mały chłopak chce zostać w przyszłości marynarzem, Indianinem, żołnierzem, podróżnikiem, a już z pewnością kimś znanym i podziwianym, niezależnie od akurat wykonywanego zajęcia. Większości z nas tak dalekosiężne plany i marzenia nie spełniają się. Znacznie częściej zostajemy w dorosłym życiu księgowymi, listonoszami, kierowcami (bynajmniej nie rajdowymi), pracownikami korporacji, którzy zazwyczaj wiodą swoje ciche życie z dala od przygód godnych bohaterów.

Stanisławowi Supłatowiczowi wszystkie te marzenia się spełniły! A tym, które spełnić się nie chciały dopomógł, konsekwentnie posługując się własną imaginacją, twórczym zmyśleniem fikcją tak literacką, że nie pozostawiła miejsca pospolitemu kłamstwu.

Śladami życia Supłatowicza poszedł znakomity i bardzo wytrwały w poszukiwaniach reporter Dariusz Rosiak. W książce Biało-czerwony. Tajemnica Sat-Okha przedstawił zadziwiającą biografię człowieka, który walczył w szeregach AK, pływał na statkach wojskowych, a potem także handlowych, odwiedzając dalekie zakątki (które w czasach ponurego PRL-u były znacznie dalej niż dziś), a przede wszystkim pielęgnował legendę o swym indiańskim pochodzeniu - pisał książki, sprowadzał lub wykonywał własnoręcznie indiańskie narzędzia, łuki i pióropusze, był wreszcie ojcem polskiego ruchu indianistów. Był, jako Indianin (!), bardzo znany w Polsce i jeszcze bardziej w krajach byłego Związku Radzieckiego, gdzie jego książki rozchodziły się w niebotycznych nakładach.

Biografia Supłatowicza nie chce zmieścić się w jego życiu. Meandruje, zwodzi, rozgałęzia się i umyka przed wnikliwym reporterem. Chęć dobicia się do jej dna, twardego gruntu, prawdy musi ulec wobec wielkiej wyobraźni samego Supłatowicza, który jak na Indianina przystało, potrafi po mistrzowsku mylić trop, przemykać niepostrzeżenie, wyślizgiwać się z pazernych rąk biografa...

Rosiak nie oskarża, nie prowadzi zaplanowanego demontażu legendy Supłatowicza. Ulega niezwykłemu urokowi swojego bohatera, choć daleki jest od pisania dlań laurki. Owemu urokowi ulegamy również my czytelnicy, lubiący barwne historie i postacie mieniące się różnokolorowym blaskiem. Postać Sat-Okha polskiego Indianina nosi wiele rys, zadrapań, przewin. Mieści się w niej wielki, twórczy duch i wielka duma, płynnie przechodząca w pychę.

Dziś łatwiej byłoby zostać Indianinem; znacznie trudniej legendą.

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Nie moja narracja

Nie ma już poglądów, spostrzeżeń, opisów, punktów widzenia, przekonań, stanowisk - jest narracja. Prawicowa, lewicowa, liberalna, konserwatywna, pisowska i platwormerska, pro- i antyeuropejska, artystyczna i patriotyczna - narracja. Przede wszystkim wszędobylska, nagminna, zawłaszczająca, ekspansywna; panosząca się w języku polityków i komentatorów. Z modnego słowa obowiązkowo korzystają dziennikarze i publicyści, a także ich rozmówcy - goście spotkań, wywiadów, "lóż prasowych" i "kropek nad i". Czym częściej je słyszę, tym bardziej przekonuję się, że to objaw matołectwa, braku języka w gębie albo po prostu chęć przypodobania się publiczności; pokazania, że jest się "na bieżąco".

Słuchając codziennie radia Tok FM liczę w drodze do pracy kolejne (nad)użycia "narracji". W trakcie dwudiestominutowych porannych przejazdów słyszę to słowo zazwyczaj kilkakrotnie. To samo czeka mnie na trasie powrotnej...

Rozumiem, że naszym codziennym językiem władają różne mody. Mnożą się "masakry", "tragedie" i "zajebiste" "ciacha". W poważnych rozmowach pospolitą dyskusję wypiera "dyskurs". A bardzo zabawne skecze są dziś "strasznie" śmieszne. Obowiązkowo jesteśmy "w kontakcie", mamy "polewkę" a nawet "bekę" - że "ja pierdolę", jaki "kolo"!

Niektóre z tych niezwykle popularnych słów, na szczęście, tracą swoją świeżość i przestają występować tak natrętnie. Moda goni za modą i jutro będziemy, być może, zamiast narracji, używali określeń, które przytoczyłem na początku. Do kanonu publicznych wypowiedzi wejdą za to inne obowiązkowe słowa, świadczące o tym, że nasz rozmówca ma "flow", jest "na czasie" czyli au courant.

Specyficzną cechą narracji jest to, że zwykle jest ona przypisywana naszym oponentom. W zasadzie nigdy nie jest nasza. "Narracją" posługują się za zwyczaj oni, my  unikamy odniesień literackich. Szczególnie tych fikcyjnych.


poniedziałek, 8 stycznia 2018

Czemu zaraz Nike?

Studium zła. Anatomia kłamstwa. Historia wielkiego matactwa w sprawie Grzegorza Przemyka. Książka Łazarewicza Żeby nie było śladów zasługuje na najwyższe pochwały, jako przykład znakomitego śledztwa reporterskiego, przeprowadzonego z wielką skrupulatnością.

Dla mnie, jako człowieka mającego kilka lat, kiedy rozgrywały się losy jej bohaterów, książka ta dała możliwość poznania traumy, z którą w latach osiemdziesiątych żyli moi rodzice. Strachu przed wielką machiną PRL, której macki sięgały dalej, niż wówczas mogło się wydawać.

Reportaż Łazarewicza daje wgląd w sposoby działania ówczesnych władz, milicji, służby bezpieczeństwa, organów sądowniczych oraz najwyższych kierowników Polski Ludowej, z ministrem Kiszczakiem na czele. Cały aparat państwowy jest zaangażowany w celowe zakłamanie, zatuszowanie zabójstwa Grzegorza Przemyka, zastraszenie świadków, naciskanie na prokuraturę i sądowych ekspertów, by nie dopuścić do ukarania sprawców śmiertelnego pobicia.

Z pewnością jest to opowieść nie tylko o sprawie sprzed trzydziestu lat, ale także rodzaj modelowego przykładu peerelowskiej rzeczywistości - z całym arsenałem gangsterskich środków wykorzystywanych przez tamtejsze władze w wielu innych przypadkach.

Są pewnie i tacy, którzy zechcą rozszerzyć ten model na inne, również współczesne poczynania tych czy innych władz, zmierzające do używania swoich prerogatyw przeciw własnym obywatelom. Będzie tu więc miejsce na rozważania o każdej ekipie rządzącej, która zmierza w stronę autorytaryzmu. Myślę tu zarówno o przykładach Rosji, Białorusi, ale także Turcji czy, toutes proportions gardées, Polski.

Polecając książkę Łazarewicza, jednocześnie protestuję przeciwko przyznaniu jej literackiej nagrody Nike. Ta świetna reporterska robota nie ma nic wspólnego z literaturą. Każda inna nagroda - dla książki reporterskiej czy historycznej jest jak najbardziej na miejscu, jednak przyznając Nike, dewaluuje się literacki charakter tej nagrody. Jest przecież tyle sposobów dowartościowania autora. Wolałbym, by jedna z najważniejszych polskich nagród pozostała wierna powieści, dramatowi, poezji, nawet esejowi lub też takiemu reportażowi, który ma walory literackie. Książka Żeby nie było śladów jest ich pozbawiona.

Nurtuje mnie też jedna kwestia, której rozstrzygnąć nijak nie mogę. Na stronie nr 300 czytamy:

     "Jedynym winnym pozostaje Arkadiusz Denkiewicz, ale bardzo długo nie może odbyć kary, bo choruje. Do więzienia trafia dopiero w październiku 2009 roku. (Wychodzi w kwietniu 2011)".

Dwie strony dalej znajdujemy takie zdania:

     "Jedyny skazany na bezwzględne więzienie Arkadiusz Denkiewicz nigdy za kratki nie trafił. Zaraz po wyroku zaczął się leczyć psychiatrycznie i dostał od specjalistów zaświadczenie dla sądu, że wciąż brak postępów w jego terapii".

?

środa, 3 stycznia 2018

Pasja – droga do zatracenia

Bohaterów jest trzech. Saddam tytułowy „trębacz z Tembisy” król południowoafrykańskich kibiców, wynalazca wuwuzeli. Nelson Mandela najdłużej przetrzymywany więzień polityczny, legendarny przywódca ANC i pierwszy czarny prezydent, bohater przemian prowadzących do zniesienia apartheidu w RPA. Wojciech Jagielski autor, reporter; człowiek, który, jak dwaj pozostali, niemal bez reszty poświęcił się swojej pasji.

Oddanie się tej nieokiełznanej sile przyciągania, każącej niektórym rezygnować z życia osobistego, rodzinnego, narażać się na niebezpieczeństwa, iść pod prąd stało się tematem tej niebanalnej książki. Każdy z trzech bohaterów podporządkował się jakiejś pasji, dał się uwieść przekonaniu o szczególnej roli, jaką ma do odegrania: Mandela jako społecznik, lider, przywódca, polityk; Saddam jako wielbiciel futbolowych widowisk dyscypliny sportu traktowanej w Afryce niezwykle poważnie; wreszcie Jagielski z jego nieodpartą potrzebą bycia tam, gdzie dochodzi do najważniejszych, kluczowych, historycznych wydarzeń.

Dwaj afrykańscy bohaterowie tej książki stają się jakby lustrem dla samego autora. Mandela jest tu nie tylko symbolem doniosłych przemian, ale także punktem odniesienia, do którego Jagielski wielokrotnie próbuje się dostać, być w pobliżu, śledzić. Jest też kimś, kto w jakiejś mierze, przez swój upór, żelazną konsekwencję, niezłomność przypomina samego Jagielskiego. Saddam, choć jego pasja wydaje się graniczyć z szaleństwem, a postronnym każe odnosić się do niego z rezerwą, jest także uosobieniem niegasnącego żaru, spontanicznej potrzeby poświęcenia się wyłącznie kibicowaniu piłka nożna to całe jego życie.

Fenomen poświęcenia dla jakiejś sprawy lub zniewolenia ideą. Fanaberia granicząca z brakiem odpowiedzialności czy też powołanie, konieczność, powinność? Dla każdego z nich pasja staje się sednem życia, jego sensem, drogą, z której nie można zboczyć, której nie można porzucić, pomimo trudności, zwątpień, pokus.

Tacy ludzie zasługują często na miano wariatów i geniuszy. Zapisują swoje imiona wśród największych, budzących podziw, herosów, ale także szaleńców i siejących postrach szarlatanów.

Czasem im zazdroszczę tej niewzruszonej ambicji, wyraźnego wytyczenia własnego celu, odważnego kreślenia niebosiężnych planów. Zazdroszczę też radości z sukcesów i unikatowych osiągnięć, które często bywają jednak okupione wieloma stratami. Tu nie ma darmowych obiadów. Cierpią rodziny, przyjaciele i sami pasjonaci, ryzykujący swoją wolnością, swoim zdrowiem i życiem.

Chcę także pielęgnować własne zainteresowania. Życzę sobie nieprzerwanej możliwości kontynuowania teatralnej przygody, robienia (również zawodowo) tego, co lubię. Mam nadzieję, że przede mną kolejne artystyczne wyzwania... Takie niewielkie na moją miarę. Nie oddam się im bez reszty.


Z książki:

      „Nie widywał już żony ani dzieci. Nawet w wolne dni i święta, bo wtedy albo uciekał do sali gimnastycznej, albo odwiedzali go partyjni towarzysze, by długo w noc rozmawiać o polityce, naradzać się, snuć plany.
      Zamknął w końcu nawet swoją kancelarii, bo [...] przestało mu starczać czasu na pracę.
      Przestało mu też na niej zależeć i zrzucił obowiązek utrzymania rodziny na barki żony. [...]
      Któregoś dnia, zwolniony za kaucją z kolejnego aresztu, zastał swój dom w Soweto pusty. Nie było w nim żony, dzieci, mebli, nawet firanek w oknach.
      Evelyn nigdy nie potrafiła zrozumieć jego zaślepienia polityką. Uważała, że postradał rozum, dał się opętać, ktoś rzucił na niego urok. [...]
     Skąd brało się to nienasycenie, ten obłęd, który nie pozwalał jej mężowi cieszyć się tym, co innym dałoby szczęście? [...] Po co była mu rodzina, żona, dzieci, skoro co innego wypełniało mu życie?”

      „W swojej zachłanności pragnął mieć wszystko, także to, co się w życiu nawzajem wyklucza.”

niedziela, 31 grudnia 2017

Lektury minionego roku

Wraz z życzeniami najlepszych czytelniczych wrażeń, poruszeń serca i myśli w nadchodzącym roku, spotkań z ulubionymi i zupełnie nam jeszcze nieznanymi autorami, publikuję tradycyjną już kwerendę moich lektur 2017. Pozycje pogrubione sprawiły mi najwięcej przyjemności.

Z wytypowaniem książki roku miałbym problem, który rozwiązać może rozdzielenie werdyktu na fiction i non-fiction. W drugiej kategorii niepodzielnie panować będzie Głód Caparósa, w drugiej Król Twardocha i opowiadania Jacka Cygana Przeznaczenie, traf, przypadek. Z książek, których nie wytłuściłem, czytelniczą radochę sprawiły Pypcie na języku Rusinka, niezwykle smaczne tomiki nieodżałowanego mistrza Młynarskiego, książki Jądro dziwności i Dopóki życie trwa oraz Obwód głowy. Czułą strunę obudziły czytane ponownie opowiadania hospicyjne Jana Grzegorczyka.

Na podium dla najgorszych, rozczarowujących, pretensjonalnych stawiam trzy książki - Jak pokochać centra handlowe, Pochłaniacz i najlepszą z nich, choć sprawiającą największy zawód - Wzgórze psów.

1.       Elizabeth Strout: Mam na imię Lucy
2.     Maciej Płaza: Skoruń
3.     Margaret Atwood: Czarci pomiot
4.     Szczepan Twardoch: Król
5.      Natalia Fiedorczuk: Jak pokochać centra handlowe
6.      Jan Grzegorczyk: Perła. Afrykański przypadek księdza Grossera
7.      Ilona Wiśniewska: Hen
8.      Marie Freyssac: Sceny z życia rosyjskich milionerów
9.     Martin Caparós: Głód
10.   Wojciech Młynarski: Róbmy swoje
11.    Wojciech Młynarski: W co się bawić?
12.   Peter Pomerantsev: Jądro dziwności
13.  Marcin Kącki: Białystok. Biała siła, czarna pamięć
14. Jacek Cygan: Przeznaczenie, traf, przypadek
15.   ks. Jan Kaczkowski: Grunt pod nogami
16.   O. Leon Knabit OSB: Od początku do końca (rozmawiają Wojciech Bonowicz i Artur Sporniak)
17.   Jan Grzegorczyk: Niebo dla akrobaty
18.   Szczepan Twardoch: Zimne wybrzeżae
19.   Marcin Kącki: Fak maj lajf
20.  Wojciech Tochman: Córeńka
21.  Michał Olszewski: #upał
22.  Kazimierz Orłoś: Dziewczyna z ganku
23.  Roman Gren: Wyznanie
24.  Umberto Eco: O bibliotece
25.  Jakub Żulczyk: Wzgórze psów
26.  Hendrik Groen: Dopóki życie trwa
27. Jose Saramago: Miasto ślepców
28.  Agnieszka Suchowierska, Wojciech Eichelberger: Królewicz Śnieżek. Baśniowe stereotypy płci
29.Margaret Atwood: Opowieść Podręcznej
30.  Italo Calvino: Niewidzialne miasta
31.   Michał Rusinek: Pypcie na języku
32.  Filip Springer: Miasto Archipelag
33.  Jerzy Borowczyk, Michał Larek: Punkty zapalne. Dwanaście rozmów o Polsce i świecie
34.Bartek Sabela: Afronauci
35.  Włodzimierz Nowak: Obwód głowy
36.  Marcin Rotkiewicz: W królestwie Monszatana. GMO, szczepionki i gluten
37.  Katarzyna Bonda: Pochłaniacz
38.  Wojciech Jagielski: Trębacz z Tembisy. Droga do Mandeli
39.  Jacek Cygan: Życie jest piosenką
40. Elisabeth Asbrink: 1947. Świat zaczyna się teraz

P.S. Zrobiłbym ogromną krzywdę Maciejowi Płazie, którego piękną powieść Skoruń dopisuję niniejszym na podium dla zeszłorocznych zwycięzców. Ten młody autor pisze tak, jakby terminował u samego Myśliwskiego.

środa, 20 grudnia 2017

Co za grubo, to niezdrowo

Co każe autorom pisać książki o rozmiarach encyklopedii? Opasłe, barokowe tomiszcza mają zapewne łudzić nas wspaniałą, epicką, pełną rozmachu i literackiego mięsa fabułą, która jednak najczęściej gubi się w tak szeroko zakrojonym materiale, gąszczu wątków i planów narracyjnych. Sprawdza się najczęściej stara zasada, że zwięzłość jest miarą talentu, a niepohamowana płodność artystyczna objawia się zazwyczaj miałkością treści.

Sięgnąłem w tym roku po dwie (bądź co bądź) kryminalne powieści liczące znacznie powyżej 500 stron: Wzgórze psów Jakuba Żulczyka i Pochłaniacz Katarzyny Bondy. Obie przegadane, bardzo statyczne, nudne. W obu głównego bohatera (u Bondy - bohaterki) nie da się lubić, trudno się z nim identyfikować, kibicować jego poczynaniom.

O ile Żulczyk bodaj świadomie używał z rozmachem retardacji, czy też dygresji pozwalających wejść czytelnikowi głębiej w psychikę postaci, o tyle Bonda po prostu poległa na poziomie konspektu powieść rozpada się na tak wiele wątków (niektóre z resztą pozostają nie domknięte lub wręcz porzucone), ma tak wielu protagonistów, że puchnie od ich nadmiaru, skutecznie przytłaczając kryminalną intrygę.

Żulczyk ponadto pisze dobrym językiem, ciekawym, ostrym i potrafi przecież stworzyć tak znakomite rzeczy jak Ślepnąc od świateł też pokaźne objętościowo, będące z resztą wyjątkiem od przytoczonej wyżej reguły. Dlatego zawodzi podwójnie!

Bonda posługuje się językiem płaskim, pozbawionym literackiego szwungu, wyczucia, smaku. Nie czytałem jej wcześniej i wszystko wskazuje na to, że więcej tego nie zrobię strata czasu. Bardziej wytrwali czytelnicy przekonują mnie, że kolejne tomy cyklu Żywioły są napisane bardzo podobnie. Ponoć niektórym to się podoba. Mnie pozostanie dziwić się tak wielkiej popularności, tak marnej pisarki.

Po kolejną książkę Żulczyka sięgnę obowiązkowo, licząc na powrót do dawnej formy.