piątek, 23 marca 2018

Krzysztof Varga jest sadystą

Dla stałych czytelników jego książek to oczywiście żadne odkrycie. Jednak w opowiadaniach, autorska przemoc wydaje się jeszcze bardziej skondensowana niż np. w Masakrze czy Trocinach. Varga nie tylko nie lubi swoich bohaterów; gardzi nimi, wyśmiewa, w najlepszym razie – patrzy na nich z politowaniem. Za to uwielbia robić im krzywdę. W tym jest zdecydowanym mistrzem.

Vargę interesuje wyłącznie bohater przegrany, poobijany życiowo i nieodwołalnie skazany na zagładę – fizyczną, zawodową, moralną, estetyczną, uczuciową; po prostu totalną. Przegrana ta wiąże się najczęściej z samotnością, lękiem o własne życie i zdrowie – zagłuszanym w rozmaity, lecz zawsze jałowy sposób, świadomością wyobcowania i nieprzydatności, brakiem perspektyw, szarzyzną i beznadzieją bezsensownej egzystencji.

Bohaterowie tych krótkich perwersyjnych opowiadań sadystycznych dławią się wspomnieniami odległej młodości, powidokami lepszych czasów, w których ziemskie zbawienie (najczęściej w ramionach kobiet, dziewczyn, kochanek) było na wyciągnięcie ręki, tak samo oczywiste i niedorzeczne zarazem, a szczenięca niedojrzałość dawała poczucie nieśmiertelności.

Krzysztof Varga torturuje swoich bohaterów, torturując jednocześnie czytelników. Znajdujemy bowiem w tych portretach odbłyski własnych grzechów, życiowych potknięć i frustracji. Czym bardziej dorośli, tym bardziej doświadczeni – stajemy się ofiarami autora, który zdaje się szydzić również z nas, z lubością dźgając nas swoim piórem.

Operując precyzyjnie i boleśnie nie oszczędza również siebie. Przecież to on, Krzysztof Varga, przegląda się także w swoich postaciach, zrównując się z nimi wiekiem, dzieląc się z nimi popędami i gorzkim cynizmem, wyśmiewającym zabobon i religijne gusła, odrzucającym romantyczne wizje oraz natchnione lub korporacyjne koncepcje życia skrojonego na miarę nowoczesności. Nie pomogą nam ani mozolne treningi, zdrowa dieta i oddanie pracy, ani też joga i kontemplacyjne uwielbienie sztuki. Na nic żarliwa modlitwa i egzorcyzmy.

Książkę otrzymałem dzięki uprzejmości wydawnictwa Wielka Litera.

wtorek, 20 lutego 2018

Musimy się opowiedzieć

Książka Sacksa, w której opisano przypadki wielu chorób neurologicznych, różnego rodzaju upośledzeń, skutkujących diametralnie odmiennymi sposobami percepcji; zaburzonym postrzeganiem siebie i świata, kazała mi się zastanowić nad własnym zdrowiem. Skoro tak wiele czysto fizjologicznych, chemicznych procesów wpływa na funkcjonowanie naszego mózgu, skąd możemy być pewni, że również nam - ludziom «normalnym» - nie przytrafiają się choćby niewielkie epizody chorobowe?

Nasz sposób patrzenia na świat i rozpoznawania w nim siebie, z całą gamą przeżyć i emocji, całym naszym wewnętrznym życiem może zostać zachwiany, a nawet zdruzgotany przez chorobę. A przecież i bez niej trudno czasem zachować spokój ducha, poczucie sensu i pewnego porządku.

Świat jest chaosem. Niekończącym się i gęstym splotem rzeczy, cech, skomplikowanych relacji i uwarunkowań. Również my, sami dla siebie, jesteśmy zagadką. Musimy jednak znaleźć sposób na uporządkowanie tego chaosu. W moim przekonaniu, sposobem tym jest język, dostarczający nam nie tylko narzędzi opisu, ale, poprzez swą linearność, możliwości porządkowania świata.

Każde zdanie jest już mikroświatem zaklętym w porządek języka, porządek wypowiedzi. Każde opowiadanie - czy będzie to tylko dowcip, czy dzieło sztuki - jest próbą opisu świata; a więc nadania mu ram, znaczenia, sensu. Dotyczy to również nas samych, naszego ja.

To moje przekonanie znalazło nieoczekiwane potwierdzenie w książce angielskiego neurologa i psychiatry.

      „Każdy z nas ma swoją historię życia, wewnętrzne opowiadanie - którego ciągłość, sens jest naszym życiem. Można powiedzieć, że każdy z nas konstruuje i żyje swoje «opowiadanie», a to opowiadanie jest naszą tożsamością.
      Jeśli chcemy poznać jakiegoś człowieka, pytamy go o jego «historię - jego prawdziwą, najintymniejszą historię» - ponieważ każdy z nas jest historią. Każdy z nas jest opowiadaniem, które wciąż nieświadomie piszemy - piszemy naszym postrzeganiem, uczuciami, myślami, działaniem; i, co nie jest bynajmniej błahe, naszymi rozmowami, przekazywaniem innym tego opowiadania. Biologicznie, fizjologicznie nie różnimy się tak bardzo jeden od drugiego. Jako «opowiadanie», historia - każdy z nas jest wyjątkowy, niepowtarzalny.
      Aby być sobą, musimy mieć siebie - posiadać historię swojego życia, a jeśli trzeba, posiąść ją od nowa. Musimy pamiętać siebie, pamiętać swoje wewnętrzne przedstawienie, opowiadanie. Człowiek musi mieć takie opowiadanie, bezustannie opowiadaną sobie samemu historię, by być sobą, by posiadać tożsamość.”

czwartek, 15 lutego 2018

Spóźnione Walentynki

w pośpiechu, głupim życia pędzie
w gonitwie błahych spraw codziennych
umyka nam spod stóp podstawa
ta nasza miłość – grunt bezcenny

coraz się szybciej kręcą tryby
stukają tłoki, świszczą koła
chciwie powietrze łapie w biegu
ta nasza miłość – zagoniona

w wiecznym spóźnieniu, niedoczasie
ciut niewyspani i wymięci
spróbujmy wpisać w kalendarze
tą naszą miłość – dla pamięci

piątek, 9 lutego 2018

Baśń o polskim Indianinie

Każdy mały chłopak chce zostać w przyszłości marynarzem, Indianinem, żołnierzem, podróżnikiem, a już z pewnością kimś znanym i podziwianym, niezależnie od akurat wykonywanego zajęcia. Większości z nas tak dalekosiężne plany i marzenia nie spełniają się. Znacznie częściej zostajemy w dorosłym życiu księgowymi, listonoszami, kierowcami (bynajmniej nie rajdowymi), pracownikami korporacji, którzy zazwyczaj wiodą swoje ciche życie z dala od przygód godnych bohaterów.

Stanisławowi Supłatowiczowi wszystkie te marzenia się spełniły! A tym, które spełnić się nie chciały dopomógł, konsekwentnie posługując się własną imaginacją, twórczym zmyśleniem fikcją tak literacką, że nie pozostawiła miejsca pospolitemu kłamstwu.

Śladami życia Supłatowicza poszedł znakomity i bardzo wytrwały w poszukiwaniach reporter Dariusz Rosiak. W książce Biało-czerwony. Tajemnica Sat-Okha przedstawił zadziwiającą biografię człowieka, który walczył w szeregach AK, pływał na statkach wojskowych, a potem także handlowych, odwiedzając dalekie zakątki (które w czasach ponurego PRL-u były znacznie dalej niż dziś), a przede wszystkim pielęgnował legendę o swym indiańskim pochodzeniu - pisał książki, sprowadzał lub wykonywał własnoręcznie indiańskie narzędzia, łuki i pióropusze, był wreszcie ojcem polskiego ruchu indianistów. Był, jako Indianin (!), bardzo znany w Polsce i jeszcze bardziej w krajach byłego Związku Radzieckiego, gdzie jego książki rozchodziły się w niebotycznych nakładach.

Biografia Supłatowicza nie chce zmieścić się w jego życiu. Meandruje, zwodzi, rozgałęzia się i umyka przed wnikliwym reporterem. Chęć dobicia się do jej dna, twardego gruntu, prawdy musi ulec wobec wielkiej wyobraźni samego Supłatowicza, który jak na Indianina przystało, potrafi po mistrzowsku mylić trop, przemykać niepostrzeżenie, wyślizgiwać się z pazernych rąk biografa...

Rosiak nie oskarża, nie prowadzi zaplanowanego demontażu legendy Supłatowicza. Ulega niezwykłemu urokowi swojego bohatera, choć daleki jest od pisania dlań laurki. Owemu urokowi ulegamy również my czytelnicy, lubiący barwne historie i postacie mieniące się różnokolorowym blaskiem. Postać Sat-Okha polskiego Indianina nosi wiele rys, zadrapań, przewin. Mieści się w niej wielki, twórczy duch i wielka duma, płynnie przechodząca w pychę.

Dziś łatwiej byłoby zostać Indianinem; znacznie trudniej legendą.

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Nie moja narracja

Nie ma już poglądów, spostrzeżeń, opisów, punktów widzenia, przekonań, stanowisk - jest narracja. Prawicowa, lewicowa, liberalna, konserwatywna, pisowska i platwormerska, pro- i antyeuropejska, artystyczna i patriotyczna - narracja. Przede wszystkim wszędobylska, nagminna, zawłaszczająca, ekspansywna; panosząca się w języku polityków i komentatorów. Z modnego słowa obowiązkowo korzystają dziennikarze i publicyści, a także ich rozmówcy - goście spotkań, wywiadów, "lóż prasowych" i "kropek nad i". Czym częściej je słyszę, tym bardziej przekonuję się, że to objaw matołectwa, braku języka w gębie albo po prostu chęć przypodobania się publiczności; pokazania, że jest się "na bieżąco".

Słuchając codziennie radia Tok FM liczę w drodze do pracy kolejne (nad)użycia "narracji". W trakcie dwudiestominutowych porannych przejazdów słyszę to słowo zazwyczaj kilkakrotnie. To samo czeka mnie na trasie powrotnej...

Rozumiem, że naszym codziennym językiem władają różne mody. Mnożą się "masakry", "tragedie" i "zajebiste" "ciacha". W poważnych rozmowach pospolitą dyskusję wypiera "dyskurs". A bardzo zabawne skecze są dziś "strasznie" śmieszne. Obowiązkowo jesteśmy "w kontakcie", mamy "polewkę" a nawet "bekę" - że "ja pierdolę", jaki "kolo"!

Niektóre z tych niezwykle popularnych słów, na szczęście, tracą swoją świeżość i przestają występować tak natrętnie. Moda goni za modą i jutro będziemy, być może, zamiast narracji, używali określeń, które przytoczyłem na początku. Do kanonu publicznych wypowiedzi wejdą za to inne obowiązkowe słowa, świadczące o tym, że nasz rozmówca ma "flow", jest "na czasie" czyli au courant.

Specyficzną cechą narracji jest to, że zwykle jest ona przypisywana naszym oponentom. W zasadzie nigdy nie jest nasza. "Narracją" posługują się za zwyczaj oni, my  unikamy odniesień literackich. Szczególnie tych fikcyjnych.


poniedziałek, 8 stycznia 2018

Czemu zaraz Nike?

Studium zła. Anatomia kłamstwa. Historia wielkiego matactwa w sprawie Grzegorza Przemyka. Książka Łazarewicza Żeby nie było śladów zasługuje na najwyższe pochwały, jako przykład znakomitego śledztwa reporterskiego, przeprowadzonego z wielką skrupulatnością.

Dla mnie, jako człowieka mającego kilka lat, kiedy rozgrywały się losy jej bohaterów, książka ta dała możliwość poznania traumy, z którą w latach osiemdziesiątych żyli moi rodzice. Strachu przed wielką machiną PRL, której macki sięgały dalej, niż wówczas mogło się wydawać.

Reportaż Łazarewicza daje wgląd w sposoby działania ówczesnych władz, milicji, służby bezpieczeństwa, organów sądowniczych oraz najwyższych kierowników Polski Ludowej, z ministrem Kiszczakiem na czele. Cały aparat państwowy jest zaangażowany w celowe zakłamanie, zatuszowanie zabójstwa Grzegorza Przemyka, zastraszenie świadków, naciskanie na prokuraturę i sądowych ekspertów, by nie dopuścić do ukarania sprawców śmiertelnego pobicia.

Z pewnością jest to opowieść nie tylko o sprawie sprzed trzydziestu lat, ale także rodzaj modelowego przykładu peerelowskiej rzeczywistości - z całym arsenałem gangsterskich środków wykorzystywanych przez tamtejsze władze w wielu innych przypadkach.

Są pewnie i tacy, którzy zechcą rozszerzyć ten model na inne, również współczesne poczynania tych czy innych władz, zmierzające do używania swoich prerogatyw przeciw własnym obywatelom. Będzie tu więc miejsce na rozważania o każdej ekipie rządzącej, która zmierza w stronę autorytaryzmu. Myślę tu zarówno o przykładach Rosji, Białorusi, ale także Turcji czy, toutes proportions gardées, Polski.

Polecając książkę Łazarewicza, jednocześnie protestuję przeciwko przyznaniu jej literackiej nagrody Nike. Ta świetna reporterska robota nie ma nic wspólnego z literaturą. Każda inna nagroda - dla książki reporterskiej czy historycznej jest jak najbardziej na miejscu, jednak przyznając Nike, dewaluuje się literacki charakter tej nagrody. Jest przecież tyle sposobów dowartościowania autora. Wolałbym, by jedna z najważniejszych polskich nagród pozostała wierna powieści, dramatowi, poezji, nawet esejowi lub też takiemu reportażowi, który ma walory literackie. Książka Żeby nie było śladów jest ich pozbawiona.

Nurtuje mnie też jedna kwestia, której rozstrzygnąć nijak nie mogę. Na stronie nr 300 czytamy:

     "Jedynym winnym pozostaje Arkadiusz Denkiewicz, ale bardzo długo nie może odbyć kary, bo choruje. Do więzienia trafia dopiero w październiku 2009 roku. (Wychodzi w kwietniu 2011)".

Dwie strony dalej znajdujemy takie zdania:

     "Jedyny skazany na bezwzględne więzienie Arkadiusz Denkiewicz nigdy za kratki nie trafił. Zaraz po wyroku zaczął się leczyć psychiatrycznie i dostał od specjalistów zaświadczenie dla sądu, że wciąż brak postępów w jego terapii".

?

środa, 3 stycznia 2018

Pasja – droga do zatracenia

Bohaterów jest trzech. Saddam tytułowy „trębacz z Tembisy” król południowoafrykańskich kibiców, wynalazca wuwuzeli. Nelson Mandela najdłużej przetrzymywany więzień polityczny, legendarny przywódca ANC i pierwszy czarny prezydent, bohater przemian prowadzących do zniesienia apartheidu w RPA. Wojciech Jagielski autor, reporter; człowiek, który, jak dwaj pozostali, niemal bez reszty poświęcił się swojej pasji.

Oddanie się tej nieokiełznanej sile przyciągania, każącej niektórym rezygnować z życia osobistego, rodzinnego, narażać się na niebezpieczeństwa, iść pod prąd stało się tematem tej niebanalnej książki. Każdy z trzech bohaterów podporządkował się jakiejś pasji, dał się uwieść przekonaniu o szczególnej roli, jaką ma do odegrania: Mandela jako społecznik, lider, przywódca, polityk; Saddam jako wielbiciel futbolowych widowisk dyscypliny sportu traktowanej w Afryce niezwykle poważnie; wreszcie Jagielski z jego nieodpartą potrzebą bycia tam, gdzie dochodzi do najważniejszych, kluczowych, historycznych wydarzeń.

Dwaj afrykańscy bohaterowie tej książki stają się jakby lustrem dla samego autora. Mandela jest tu nie tylko symbolem doniosłych przemian, ale także punktem odniesienia, do którego Jagielski wielokrotnie próbuje się dostać, być w pobliżu, śledzić. Jest też kimś, kto w jakiejś mierze, przez swój upór, żelazną konsekwencję, niezłomność przypomina samego Jagielskiego. Saddam, choć jego pasja wydaje się graniczyć z szaleństwem, a postronnym każe odnosić się do niego z rezerwą, jest także uosobieniem niegasnącego żaru, spontanicznej potrzeby poświęcenia się wyłącznie kibicowaniu piłka nożna to całe jego życie.

Fenomen poświęcenia dla jakiejś sprawy lub zniewolenia ideą. Fanaberia granicząca z brakiem odpowiedzialności czy też powołanie, konieczność, powinność? Dla każdego z nich pasja staje się sednem życia, jego sensem, drogą, z której nie można zboczyć, której nie można porzucić, pomimo trudności, zwątpień, pokus.

Tacy ludzie zasługują często na miano wariatów i geniuszy. Zapisują swoje imiona wśród największych, budzących podziw, herosów, ale także szaleńców i siejących postrach szarlatanów.

Czasem im zazdroszczę tej niewzruszonej ambicji, wyraźnego wytyczenia własnego celu, odważnego kreślenia niebosiężnych planów. Zazdroszczę też radości z sukcesów i unikatowych osiągnięć, które często bywają jednak okupione wieloma stratami. Tu nie ma darmowych obiadów. Cierpią rodziny, przyjaciele i sami pasjonaci, ryzykujący swoją wolnością, swoim zdrowiem i życiem.

Chcę także pielęgnować własne zainteresowania. Życzę sobie nieprzerwanej możliwości kontynuowania teatralnej przygody, robienia (również zawodowo) tego, co lubię. Mam nadzieję, że przede mną kolejne artystyczne wyzwania... Takie niewielkie na moją miarę. Nie oddam się im bez reszty.


Z książki:

      „Nie widywał już żony ani dzieci. Nawet w wolne dni i święta, bo wtedy albo uciekał do sali gimnastycznej, albo odwiedzali go partyjni towarzysze, by długo w noc rozmawiać o polityce, naradzać się, snuć plany.
      Zamknął w końcu nawet swoją kancelarii, bo [...] przestało mu starczać czasu na pracę.
      Przestało mu też na niej zależeć i zrzucił obowiązek utrzymania rodziny na barki żony. [...]
      Któregoś dnia, zwolniony za kaucją z kolejnego aresztu, zastał swój dom w Soweto pusty. Nie było w nim żony, dzieci, mebli, nawet firanek w oknach.
      Evelyn nigdy nie potrafiła zrozumieć jego zaślepienia polityką. Uważała, że postradał rozum, dał się opętać, ktoś rzucił na niego urok. [...]
     Skąd brało się to nienasycenie, ten obłęd, który nie pozwalał jej mężowi cieszyć się tym, co innym dałoby szczęście? [...] Po co była mu rodzina, żona, dzieci, skoro co innego wypełniało mu życie?”

      „W swojej zachłanności pragnął mieć wszystko, także to, co się w życiu nawzajem wyklucza.”