Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiad. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiad. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 lutego 2021

"Brunet wieczorową porą"

Niedawna śmierć Krzysztofa Kowalewskiego, mającego na swoim koncie wiele kultowych wręcz ról, w szczególności tych komediowych; którego nie raz miałem okazję podziwiać na scenie Teatru Współczesnego, zasmuciła mnie. Zdjąłem z półki wywiad-rzekę, którego Kowalewski udzielił przed siedmioma laty Juliuszowi Ćwieluchowi. Chciałem zobaczyć, czy zaznaczyłem książce jakieś interesujące miejsca. 

Trafiłem między innymi na fragment o komedii – gatunku, z którym mamy nad Wisłą problem. Wielu z nas uważa bowiem komedię za coś gorszego, pośledniego, niegodnego miana prawdziwej sztuki, niepoważnego. Tymczasem, moim zdaniem, komedia jest równorzędną i równoprawną siostrą tragedii. Te same historie, kompleksy, ludzkie losy i dramatyczne wydarzenia można opowiedzieć serio i z przymrużeniem oka, korzystając z walorów komediowych, satyrycznych, groteskowych lub grając w tonacji mol, gdzie rządzi powaga, smutek i podniosły nastrój. Istnieje przecież nieśmieszny dowcip, gorzka ironia, śmiech przez łzy i płacz ze szczęścia. Doskonale rozumieją to Czesi (wystarczy obejrzeć któryś z filmów Jana Śvieràka), znakomicie wykorzystują Włosi (Sorrentino, Benigni), a moim prywatnym koronnym argumentem filmowym jest Pociąg życia (scenariusz i reżyseria Radu Mihaileanu).

To, że komedią można również opowiedzieć o rzeczach bolesnych, tak by nieco ów ból zmniejszyć, stępić kanty skrzeczącej rzeczywistości, obśmiać strach, zwątpienie i poczucie beznadziei wiedział Stanisław Bareja. W zaznaczonym przeze mnie kiedyś fragmencie wywiadu, Kowalewski wspomina pracę z tym twórcą i mówi o komedii bardzo serio.

 

- A który film Barei najbardziej pana śmieszy?

- Mam raczej abstrakcyjne poczucie humoru, więc najbardziej cenię sobie Bruneta wieczorową porą. Kwiczałem, kiedy czytałem fragment z przestawianiem zegarka.

- W filmie gra pan to z kamienną twarzą.

- No bo przecież cała sprawa w komedii polega na tym, żeby nie starać się być śmieszniejszym od scenariusza. Komedia to jest trudny do zagrania dramat. Jak aktor zaczyna dośmieszać postać, to już nie ma dla filmu żadnego ratunku. W ten sposób przepadł Ryś, który miał świetny scenariusz wyjściowy, ale Stasiek Tym zaczął domieszać na planie. Po prostu zarżnął swój własny film. Cały czas mówiłem mu: zostaw, nie zmieniaj, nie dogrywaj. Ale on się uparł, że to musi być śmieszne jak cholera. No i cholera ten film wzięła.

Komedia to bardzo trudny utwór, bo precyzyjny. Tu nie ma miejsca na improwizację i mruganie do widza okiem. To nie jest przypadek, że najlepsze filmy Bareja zrobił ze Staszkiem. Bareja potrafił pisać precyzyjne scenariusze, a Tym wypełniać je gagami, dobrym dialogiem. Jeden potrzebny był drugiemu.

 

Barei i nam potrzebny był także Krzysztof Kowalewski.

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Znakomita książka na święta!

Nie wiem, czy książkę zatytułowaną Slow life powinno się szybko czytać. Mnie wystarczyły dwa wieczory – ciepłe, grudniowe, przedświąteczne, sprzyjające lekturze sześciu nieśpiesznych rozmów ojca Leona Knabita z gośćmi tynieckiego klasztoru: Anną Dymną, Markiem Kamieńskim, Joanną Kołaczkowską, Cezarym Nowakiem „Cezikiem”, Marcinem Prokopem i Krzysztofem Skórzyńskim.

Dużo bardziej niż chwytliwe konkluzje, błyskotliwe tezy i zdania-do-zapamiętania, ujęła mnie niezwykła atmosfera tych spotkań. Myślę, że po trosze udziela się ona czytelnikowi. Spokój, głębszy oddech, ciekawość drugiego człowieka, naturalna życzliwość i poczucie humoru, uśmiech… Trochę spraw błahych i trochę poważnych tematów: czy jesteśmy w stanie zwolnić?, zatrzymać się?, pomyśleć o sobie i swoich bliskich?, pomodlić?, wziąć odpowiedzialność nie tylko za pracę i gromadzone pieniądze, ale także za jakość naszego życia, czas, którego przecież tak bardzo nie chcemy tracić, choć tak łatwo przecieka przez palce.

Dobrze, że są takie miejsca, w których łatwiej się wyciszyć, wsłuchać w siebie. Dobrze, że są ludzie, którzy umieją wysłuchać i pocieszyć. My także, czytając te rozmowy, zostajemy zaproszenie do dialogu i kontemplacji.

     „O. LEON KNABIT: Trochę jak w tym żarcie:
     - Co będziesz dziś robił?
     - Nic nie będę robił.
     - Przecież wczoraj też nic nie robiłeś.
     - Ale nie skończyłem.”

Książkę otrzymałem dzięki uprzejmości Księgarni Matras.

środa, 19 października 2016

"Oswoić narkomana"

„…byłem seryjnym mordercą samego siebie. Byłem ekspertem w zabijaniu resztek świadomości i logiki w działaniu” – mówi Robert Rutkowski w rozmowie z Ireną A. Stanisławską. To bolesne, jakże paradoksalne zdanie jest najdobitniejszym podsumowaniem narkomańskiej młodości niegdysiejszego reprezentanta Polski w koszykówce, który pokonawszy swoje autodestrukcyjne skłonności został jednym z najbardziej znanych terapeutów.

W tym, co mówi o narkotykach, dopalaczach, alkoholu, papierosach, a także lekach brak taryfy ulgowej. Wszystkie te substancje, mogące doprowadzić nas do uzależnienia i w konsekwencji utraty zdrowia i życia są tu bardzo rzeczowo opisywane – zarówno z punktu widzenia ich sposobu działania, jak i szkodliwości. Rutkowski otwarcie mówi o stanach euforii, jakie powoduje heroina, o zwielokrotnianiu odczuć zmysłowych po kokainie czy marihuanie. Walczy jednak z powszechnymi stereotypami o tzw. miękkich narkotykach, których zażywanie niesie jakoby mniejsze negatywne skutki niż np. palenie papierosów czy picie alkoholu. Przestrzega też przed myśleniem, że legalne substancje są bezpieczne.

Choć wydaje nam się, że narkotyki to nie nasz problem, warto tę rozmowę przeczytać. Bo i nam zdarza się zaklinać rzeczywistość, manipulować swoimi działaniami, oszukiwać samych siebie. Proszę przeczytać poniższy fragment. Myślę, że wielu ludzi, którzy nigdy nie wpadli w żaden nałóg, zauważy jednak u siebie skłonność do podobnego myślenia…

      „- Brałeś wtedy codziennie?

     Tak. Albo nawet dwa razy dziennie. Już nie dawałem rady. Jeżeli nie załatwiłem towaru, przeżywałem męczarnie. Tych parę godzin czułem się dobrze, a przez resztę czasu zdychałem. I w tym stanie trzeba było kombinować, żeby zdobyć forsę na kolejną dawkę. A ponieważ głównym celem narkomana jest zaspokojenie głodu narkotykowego, więc nie patrzy się na jakość towaru, na okoliczności, na kontekst. […]
      Próbowałem się okiełznać, próbowałem się opanować, lecz nic mi z tego nie wychodziło. Miałem potworne poczucie porażki, bo przypomnę, co mi przyświecało: miałem skończyć szkołę i wyjść na prostą! Tylko mówiłem sobie: «Ale jeszcze nie teraz! Jeszcze troszeczkę!». Już miałem pomysły na dalszą naukę, już miałem pomysły na pracę… «Ale jeszcze troszeczkę! Od jutra! Naprawdę od jutra!».
    W tym czasie poznałem kolegę, który również miał dosyć ćpania. Załatwiliśmy towar, on powiedział: «Robert, ja już mam dość! Chcę się z tego wyzwolić!». Zaćpany wrócił do domu i napisał sprayem na ścianie «Od jutra nie biorę!». Więc gdy się budził rano i widział ten napis, to od razu włączało mu się poczucie ulgi: «Uff, jakie to szczęście, że nie od dzisiaj!». To doskonały przykład, jak myśli narkoman.”

Książkę pożyczył mi brat. Dziękuję za troskę.

poniedziałek, 18 maja 2015

Dwa spotkania z Wojciechem Eichelbergerem

Pozornie jesteśmy niezwykle logiczni i racjonalni, przywiązani do zdroworozsądkowego opisu świata, bazującego na faktach, konkretach, dowodach. Pozornie odrzucamy to, co niewiarygodne, zmyślone, nie mieszczące się w granicach bezpośredniego, zmysłowego poznania. Musimy zmierzyć, zważyć, obliczyć, usystematyzować i dotknąć, by uwierzyć.

Naprawdę nasze wybory i działania nie mają tak wiele wspólnego z logiką, jak byśmy tego chcieli… Jesteśmy poddani własnym emocjom, nawykom; płyniemy z prądem mód, wzajemnych wpływów i zapożyczonych przekonań, stereotypów, wreszcie – skryptów kultury. Dajemy się łatwo manipulować specjalistom od reklamy, samozwańczym kaznodziejom nowych religii i trendów, politykom i producentom masowej rozrywki. Jesteśmy niewolnikami wielu dzisiejszych, nowoczesnych mitologii, dających zaskakująco łatwe, choć zazwyczaj kłamliwe, odpowiedzi na pytania i bolączki współczesności.

O tych właśnie mitach, które z ochotą przyjmujemy za dobrą monetę, włączając w poczet własnych przekonań i drogowskazów, z Wojciechem Eichelbergerem rozmawia Beata Pawłowicz. Oboje starają się znaleźć źródła błędu, który towarzyszy naszemu myśleniu, gdy w zarabianiu coraz większych pieniędzy upatrujemy coraz większej niezależności; kiedy zamiast poświęcić sobie czas, wynajmujemy innych, by się nami zajęli lub dajemy wiarę mitowi wiecznej młodości i zdrowia. Dyskutują także o byciu singlem jako drodze do spełnionego życia, o pielęgnowaniu swego Wewnętrznego Dziecka kosztem Wewnętrznego Dorosłego, o pułapce politycznej poprawności oraz byciu kimkolwiek się zechce. W czternastu rozmowach i towarzyszących im opowieściach ludzi, którzy padli ofiarami współczesnych mitów znajdziemy zachętę do sceptycyzmu wobec powtarzanych powszechnie prawd oraz wiele podpowiedzi, „jak nie trafić do raju na kredyt i odnaleźć harmonię ze światem”.

       „Na szkoleniach z zarządzania zasobami życia opowiadam ponury dowcip, ilustrujący powody buntu Polaków przeciwko podniesieniu wieku emerytalnego: Czym się różni polski emeryt od francuskiego i angielskiego? Otóż francuski emeryt zrywa się o świcie leciutki i żwawy, podśpiewuje, pogwizduje, goli się, perfumuje, zakłada czystą koszulkę, wiąże apaszkę, uważnie modeluje berecik, sfruwa po schodach ze swojego poddasza, wpada po drodze do sklepiku po butelkę wina i udaje się na bulwar podziwiać świat i piękne kobiety. Emeryt angielski zrywa się wcześnie, energicznie ćwiczy pompki i przysiady, podciąga się na drążku, bierze prysznic, podśpiewuje God save the Queen, goli się, perfumuje, wskakuje we flanelową koszulę i samodziałową marynarkę, łapie kaszkiet, kalosze, wędkę, zbiega po schodach, wpada do sklepiku po piersiówkę whisky i jedzie na ryby. A polski emeryt? Ledwo wstaje, kwęka, stęka, nie myje się, nie goli, ubiera się w byle co, bierze butelkę moczu i idzie [do] lekarza…”

Druga książka również dotyczy świata rzadko poddającego się racjonalnemu opisowi. Wraz z Tomaszem Jastrunem Wojciech Eichelberger rozmawia o potędze naszych snów. Szczególnie tych, które mogą posłużyć jako niezwykłe, terapeutyczne wręcz interpretacje trawiących nas problemów, traum i kompleksów. Mimo tak ulotnego i „nierzeczywistego” tematu, obaj panowie starają się utrzymać rzeczowy ton dyskusji, sięgając po przekonujące argumenty, wystrzegając się jednocześnie ezoterycznych, wróżbiarskich odniesień.

       „Wiele snów to senna makulatura, szum emocjonalnego i informacyjnego metabolizmu mózgu, który w nocy się resetuje. Ale bywają sny doniosłe, prawdziwe klucze do naszych problemów. Od przeszło trzydziestu lat towarzyszę ludziom w wysiłkach, które mają ich wyprowadzić z zamieszania i cierpienia, poprawić jakość ich życia. Sny, które się śnią w trakcie takich usiłowań, są szczególnie ważne.”

czwartek, 19 marca 2015

Sprawa dla reportera

Dwiema podstawowymi umiejętnościami reportera są ciekawość, pozwalająca dziwić się rzeczom pozornie zwykłym oraz zdolność cierpliwego, pełnego empatii, słuchania innego. Dalej jest już tylko talent do opowiadania historii i niezbędny warsztat pisarski. O ile pierwsze dwie cechy są właściwościami indywidualnego usposobienia - charakteru, o tyle dwie kolejne trzeba umieć w sobie ćwiczyć i pielęgnować. Teresa Torańska była wybitną reporterką, autorką licznych i znakomitych wywiadów, mającą wszystkie te elementy w zakresie znacznie przewyższającym branżową średnią.

W tych wywiadach, ciekawych już przez sam dobór rozmówców i ich poplątanych przez wichurę historii biografii, niedoścignionym wzorem jest sam warsztat dziennikarski autorki. Aż nie chce się wierzyć, jak wielką, mozolną pracę musiała wykonać Torańska, by tak drobiazgowo i skrupulatnie przygotować się do rozmów. Sama wielokrotnie zaskakuje swoich interlokutorów szczegółową wiedzą o ich życiu, koligacjach rodzinnych, miejscach dzieciństwa i drobnych, choć nieraz wiele znaczących epizodach z przeszłości. Autorce służy gruntowna znajomość historii, polityki, a nawet aparatu pojęciowego z dziedzin, których specjalistami są Bristiger, Głowiński i Rotfeld.

W dobie powierzchownych, zdawkowych wywiadów, przeprowadzanych przez ludzi nazywających się dziennikarzami, zdradzających jednak większe powinowactwa ze statywem do mikrofonu, kunszt i niezwykle solidne przygotowanie merytoryczne Teresy Torańskiej pozostają niedoścignionym wzorem, busolą dla wszystkich, którym zawód reporter nadal kojarzy się z umiejętnościami, o których wspomniałem wyżej.
 

środa, 11 marca 2015

Nie taki ksiądz czarny...

W ten rok wchodziłem lekturą wywiadu-rzeki z księdzem Janem Kaczkowskim – szefem puckiego hospicjum, który sam od czerwca 2012 roku zmaga się z chorobą nowotworową. Narzekając w poprzednim wpisie na brak porządnych księży w Polsce, którzy by potrafili zabierać głos w sprawach najważniejszych w sposób odpowiedzialny i szczery, powinienem pamiętać o tym niezwykłym duchownym.

To wcale nie własna choroba, jak może chciałyby media, stawia tego człowieka w roli specjalisty od cierpienia związanego z umieraniem. To jego zaangażowanie w budowanie i prowadzenie jednego z najlepszych ośrodków hospicyjnych w Polsce, jego nieustanne towarzyszenie chorym i umierającym jako duchownego, ale także jako powiernika, przyjaciela; w końcu też dbałość o odpowiednie przygotowanie lekarzy i terapeutów do pracy z osobami, dla których lekarska diagnoza okazała się wyrokiem.

Siła charakteru, niezłomność, radykalizm w myśleniu i działaniu, bezkompromisowość, a także czułość, empatia oraz wielka pokora wobec tego, czego zmienić się nie da – te wszystkie cechy spotkały się w skromnym, budzącym ogromną sympatię mężczyźnie, który z Katarzyną Jabłońską rozmawia o życiu, umieraniu, Bogu i Kościele bez owijania czegokolwiek w bawełnę; prosto, szczerze, czasem brutalnie…

      „Jako dziewiętnastolatek wierzyłem w Kościół jak ideowy komunista w partię. To się zmieniło. Niestety, jestem zawiedziony Kościołem jako instytucją totalną, która di mówi, co masz myśleć, gdzie masz mieszkać, która mówiąc o wolności i godności człowieka, często sama ją depcze. Nawet prawo kanoniczne nie jest w Kościele respektowane – mam na myśli prawo do obrony, do dobrego imienia, do wolności, także wolności sumienia. Dzieje się tak szczególnie wobec duchownych, a zwłaszcza wobec zakonnic.”

       „Nie w pełni wiem, jak miał wyglądać Kościół, którego chciał Chrystus. Myślę jednak, że wolno mi wątpić w to, że chciał w Kościele hierarchicznej i feudalnej struktury, która jest pokłosiem średniowiecza. […] A jeśli chodzi o własne podwórko, to – mówiąc marketingowo – produkt, jaki serwuje typowa parafia, jest na żenującym poziomie, począwszy od plastikowego wystroju kościoła po poziom kazań czy w ogóle oferty duszpasterskiej. Znaczna część moich kolegów, gdyby ich ocenić jedynie pod względem profesjonalizmu wykonywanej pracy, straciłaby robotę. W Kościele pracuje się jak za komuny, to znaczy często się… nie pracuje. Dominuje bylejakość w pracy duszpasterskiej, w sposobie sprawowania liturgii, w tak zwanej posłudze myślenia, do której Kościół również jest powołany i którą zobowiązany jest pełnić.”

piątek, 24 października 2014

Himalaje

Książka o niesłychanej amplitudzie temperatur – i tych mierzonych w stopniach Celsjusza, i tych, które oddać można jedynie na skali rozpiętej między miłością a nienawiścią; wiarą a zwątpieniem; między euforią zwycięstwa a dojmującym poczuciem bezradności.

W czerwcu 2013 roku Jacek Hugo-Bader dołączył do wyprawy na Broad Peak, której celem było odnalezienie ciał dwóch himalaistów (Macieja Berbeki i Tomasza Kowalskiego – obaj w marcu 2013 zdobyli szczyt, lecz nie zdołali z niego wrócić). Niezwykła podróż staje się okazją do lepszego poznania twardego świata wysokogórskiej wspinaczki. Reporter, towarzysząc alpinistom, miał okazję przekonać się, jak wygląda ich świat, ich życie; czym okupione są tryumfy i jak wielkie niebezpieczeństwo grozi każdemu, kto wbrew nieludzkim warunkom klimatycznym, wbrew jakiejkolwiek logice, kładzie na szali własne życie, by wejść na szczyt.

Najbardziej poruszyły mnie jednak nie tyle kwestie przekraczania linii śmierci, zmagania z zabójczą na pewnej wysokości przyrodą, ale dramatyczne relacje z wyprawy, którą przypłacili życiem dwaj młodzi Polacy, a także wypowiedzi dotyczące innych tragicznych wypadków, których ofiarami byli najwięksi alpiniści świata… Łatwość ferowania wyroków wobec innych i równie łatwe usprawiedliwienia własnych zachowań, egoizm i zawiść, braterstwo liny i towarzyszące mu deklaracje, że powyżej 7000 metrów zwykła „ziemska” etyka nie obowiązuje. Wyścig. Ucieczka w góry – od szarego życia, od nudy, ale też od zobowiązań, problemów i rodzin. Piekło w temperaturze poniżej -30°C.

Zamiast fragmentu książki, cytuję kilka zdań rozmowy Jacka Hugo-Badera z Anetą Żukowską. Pełny tekst wywiadu tutaj.

Moje wrażenie po lekturze Twojej książki jest takie, że jesteś przede wszystkim zdumiony himalaizmem.

Tak, coraz bardziej. Ludźmi i etosem himalajskim. Jestem coraz bardziej krytyczny wobec tego. Uważam, że to są współczesne walki gladiatorów. O tym rozmawiałam też z profesorem Hołówką […]. Walki gladiatorów, a zatem coś niegodnego, niedobrego. Nie powinno się pozwalać na walki gladiatorów.

Nie powinno się pozwalać na walki gladiatorów, czy na to by te walki były oglądane?

I na jedno i na drugie. Nie powinno się robić widowiska z oczywistej śmierci. Ja uważam, że himalaiści jadą po śmierć. Wielu się udaje, ale bardzo wielu się nie udaje. Przecież Aneta, oni giną jak muchy! Gapienie się na to jest niegodne.

Tutaj mogę się zgodzić. Ale są także inne aktywności, powiedzmy sportowe, w których również jest wysokie ryzyko śmierci, np. Formuła Jeden.

Wszędzie się może zdarzyć śmierć, nawet w gimnastyce artystycznej i w skoku o tyczce. Ale w himalaizm akurat jest to wpisane. W Formule Jeden ścigają się samochody, których używamy wszyscy. Gdybyśmy chcieli w ogóle unikać śmierci, nie powinniśmy wychodzić na ulice, to jest niemożliwe. Ale nie można iść w góry i szukać śmierci. Bardzo często właśnie tak to wygląda – na szukanie śmierci. W pewnym momencie przestałem wierzyć w nieszczęśliwe wypadki, to wszystko wygląda mi na szaleńcze samobójstwo. Oczywiście to jest pewna metafora.

Odwołujesz się w książce do psychologii, jak w przypadku pracy Zdzisława Jana Ryna „Zespół astenii wysokogórskiej”. Myślisz, że himalaizm wymaga tego, co kiedyś nazywaliśmy predyspozycją, a dziś nazwalibyśmy skłonnością?

Do podejmowania wielkiego ryzyka. Odwaga jest cnotą, prawda? Ale jak każda cnota, musi mieć swoje skrajne bieguny. Z jednej strony jest tchórzostwo, z drugiej brawura. I obie te skrajności są występkami. Niedopuszczalnymi. Ja myślę, że ktoś kto nie jest brawurowy, nie ma szans w tej dyscyplinie. Idąc zatem tą myślową ścieżką – występek, grzech jest niezbędnym, oczywistym składnikiem tego sportu, tej aktywności. Himalaizmu po prostu.”

czwartek, 2 października 2014

W polonezie z pisarzami

Czy pisarz to ktoś specjalny? Mądrzejszy? Lepszy? Może uprzywilejowany? Namaszczony? Warto pisarza pytać o jego zdanie w sprawach ważnych: o szczęście, los, historię i Boga? O Polskę? Czy wypada drążyć tematy polityczne, finansowe, rodzinne? A może osobę piszącą należy traktować jak każdego celebrytę i zgodnie z dzisiejszą modą, pytać wyłącznie o kulinaria i romanse, intymne pożycie, kolor butów i paznokci?

Dorota Wodecka gruntownie przepytała piętnastu polskich pisarzy (w tym także trzy pisarki). Przede wszystkim jako twórców, mających nad Wisłą stosunkowo niewielkie szanse, by stać się obiektem zainteresowań plotkarskich pisemek i portali. Daleko im do gwiazd telewizji; nie tańczą, nie śpiewają, nie gotują też w znanych i lubianych programach śniadaniowych, nie pokazują się na przyjęciach i rautach. Piszą.

Choć Igorowi Ostachowiczowi się prawie udało. O mały włos byłby najlepiej zarabiającym pisarzem w kraju…

Wśród poważnych rozmów zamieszczonych w zbiorze Polonez na polu minowym na szczególną uwagę zasługują – wzruszający wywiad z Janem Jakubem Kolskim oraz wypowiedzi Eustachego Ryskiego, Krzysztofa Vargi i Szczepana Twardocha, w których znalazłem wiele niebagatelnych spostrzeżeń o dzisiejszej Polsce i ludziach tu żyjących. Przeczytać warto wszystkie.


„– Wierzę, że nauczymy się wyłączać dźwięk w smartfonach po to, żeby usłyszeć, co mówi do nas bliźni. Mam taką nadzieję, ale zobaczymy, czy i w tej sprawie nie jestem idiotą.”
 Jan Jakub Kolski

„– Ten rys się nazywa choroba dwubiegunowa, schizofrenia. Między wielkością a małością. Być pośrodku jest w naszym myśleniu narodowym nie do przyjęcia. Albo wielki, albo podły. Albo bohater, albo zdrajca. Jest tylko honor i hańba i nie ma nic pośrodku. Nie ma normalności. Normalność jest najbardziej podejrzaną rzeczą. Jesteśmy w stanie funkcjonować wyłącznie na dwóch biegunach nawzajem się znoszących.”
Krzysztof Varga

„– W promowaniu własnej osoby jestem bezradny. Nie umiem sobie doradzić. Kiedy mówię kolegom, że nie będę udzielał wywiadów, to pukają się w głowę. […] – Jeśli moja książka ma jakąś zaletę, jest nią szczerość. Uważam, że osoba, która pisze, musi postępować tak, jak czuje. Gdybym miał się zastanawiać, co byłoby marketingowo wskazane, zwariowałbym.”
Igor Ostachowicz

„– Pisarz to jedna z tych profesji, w której sprawne udawanie mądrzejszego od siebie jest niezbędnym warunkiem powodzenia.”
Wojciech Kuczok

Książkę otrzymałem dzięki uprzejmości księgarni internetowej Publio.pl.

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Języczek uwagi

Trzej muszkieterowie polszczyzny, trzej wybitni językoznawcy, kulturyści (tak mówi się o specjalistach od kultury języka), dobrze znani szerokiej publiczności z wielu programów, audycji, książek i słowników, podpowiadających nam jak mówić poprawnie. Ich pasjonująca rozmowa, moderowana przez Jerzego Sosnowskiego (radiowca i również polonistę), odkrywa przed nami meandry naszego języka, jego możliwości i ograniczenia, cechy przezeń nabyte i wrodzone, tendencje, procesy, a także scenariusze rozwoju. Profesorski tercet nie prowadzi tu jednak akademickiej dyskusji, nie przemawia ex cathedra. Panowie Bralczyk, Miodek i Markowski rozmawiają ze sobą na przyjacielskiej stopie, swobodnie i z humorem. To właśnie ich dowcip (tożsamy niegdyś z inteligencją) i niebagatelne zdolności w operowaniu ciętą ripostą stanowią o prawdziwym uroku książki, która ponadto, dzięki Przemkowi Dębowskiemu i Wojtkowi Kwiecień-Janikowskiemu zyskała znakomitą, oryginalną szatę graficzną, zasługującą na osobne pochwały. Polecam jej lekturę wszystkim, przytaczając na zachętę krótki, jakże wulgarny passus:

„Miodek: Musimy powiedzieć też, że owszem, ubolewamy nad stopniem zwulgarnienia stadionów, ulicy, tramwajów, ale – bądźmy szczerzy – tysiące dowcipów bez wtrącanych weń wulgaryzmów przestaje być dowcipami. Opowiem jeden: Znany warszawski reżyser namawiany jest do tego, żeby się przeprowadził do Wrocławia. «Tu jeszcze gruzy, ruiny i zgliszcza, kiedy ta Warszawa stanie na nogi? Więc przyjedź do Wrocławia!». Lecą argumenty socjologiczne. «Nie, nie, ja Warszawie będę wierny do końca życia». Pada więc inny argument: «Słuchaj, Wrocław to miasto zieleni, parków…». A on na to: «A co ja, k…, mszyca jestem?». I teraz powiedzcie to bez tego przerywnika…

Bralczyk: Tak, bez mszycy byłoby gorzej…”

Niniejszą książkę kupiłem sobie sam!

czwartek, 19 grudnia 2013

O księdzu, który się purpuratom nie kłaniał

         Być może zdziwią się niektórzy na wieść, że to właśnie Gazeta Wyborcza, wydając tę książkę, zafundowała czytelnikom prawdziwe rekolekcje. I to rekolekcje, które z powodzeniem rekomendować można także niewierzącym. Z rozmowy Anny Wacławik-Orpik z księdzem katolickim - Wojciechem Lemańskim wyłania się portret głęboko wierzącego kapłana, oddanego swemu duszpasterskiemu powołaniu i pracy na rzecz Kościoła; portret kapłana, którego chyba każdy chrześcijanin chciałby mieć w swojej parafii, a niejeden ateista z chęcią zaprosiłby do rozmowy. To nie kolejny ojciec dyrektor, betonowy purpurat, zamknięty na inne poglądy ekstremista czy nawiedzony kościelny polityk. 
     Lemański, choć podkreślający swą wierność katolickiej ortodoksji, popierający bez wyjątku nauczanie Kościoła, zachowuje szacunek dla odmiennych poglądów, religii i praktyk, nieustannie upomina się o godność każdego człowieka i jego prawo do własnych, choćby najgorszych, wyborów. Jego prawdziwie ewangeliczna postawa stała się jednak, o paradoksie!, zawadą i czymś wymagającym napiętnowania przez diecezjalnych zwierzchników. Dużą część wywiadu zajmują kwestie roztrząsane już wcześniej przez media, związane z zaangażowaniem Lemańskiego w dialog Chrześcijańsko-Żydowski. Jego szczególna dbałość i pielęgnowanie pamięci o “starszych braciach w wierze”, naszych sąsiadach, którzy padli ofiarą Holokaustu stała się solą w oku arcybiskupa Hosera, prowokując coraz to nowe sankcje i kary nakładane na księdza przez zwierzchnika diecezji warszawsko-praskiej. Lemański nie szczędzi krytycznych spostrzeżeń pod adresem swoich przełożonych, episkopatu czy innych księży. Uwagi te prezentuje jednak z dużym wyczuciem, unikając wypowiedzi nazbyt emocjonalnych i takich, które miałyby obrazić adwersarzy. Nieustannie wzywa do dialogu w duchu wspólnie wyznawanych wartości i wierzeń. Nie jest przecież odszczepieńcem, heretykiem czy kościelnym dezerterem, chcącym działać wbrew prawu kanonicznemu i katechizmowi. Jednak w wielu wypowiedziach odsłania twarz liberała, prezentującego poglądy nie często popierane wśród duchownych, jak choćby w sprawie potępienia samobójców, adopcji dzieci przez pary jednopłciowe czy też stosowania wysokich wymagań etycznych wobec kleru.

         “Konferencja Episkopatu Polski ogłosiła sierpień miesiącem trzeźwości - w ramach walki z alkoholizmem, bo to przecież zawsze był problem w naszym kraju. Nie tak dawno w pewnym dekanacie odbywały się diecezjalne dożynki. Przyjechali biskup i przedstawiciele z wielu parafii. Któryś z lokalnych notabli pyta: Księże biskupie, może coś do tego obiadu?. Biskup odpowiada, że to jest miesiąc trzeźwości, że on nie jest tutaj gospodarzem, że gospodarz ewentualnie mógłby dać jakąś dyspensę. Na co dziekan odpowiada: Jako gospodarz udzielam dyspensy. Na stół wjeżdżają butelki. Biskup umył ręce, a dziekan skorzystał ze swojego przywileju, bo jako proboszcz miejsca ma prawo udzielić dyspensy. A przecież to tylko dla lepszego trawienia, oni nie chlają, tylko piją. Tam, na dole, niech słuchają, ale my tu jesteśmy ponad to. Ludzie to widzą i później traktują inne pouczenia płynące od księży podobnie.”

Książkę otrzymałem dzięki uprzejmości księgarni internetowej Publio.pl.

czwartek, 5 grudnia 2013

Mamucia mniejszość

Oto przekorna odpowiedź Stefana Chwina na pytanie, które w wywiadzie dla magazynu Książki postawiła mu Donata Subbotko – „Czytający są mamutami, które muszą wyginąć?”:

      „Uważam, że do naszego języka powinniśmy wprowadzić pojęcie mniejszość intelektualna, by walczyć o jej prawa. My, piszący i czytający ambitniejszą literaturę, należymy do mniejszości. Tworzymy ją i nigdy nie będziemy większością. Główne pytanie: czy mniejszość intelektualna ma szansę na przetrwanie w społeczeństwie masowym? Witkacy odpowiadał na to brutalnie: żadnych szans. Ale nie jest pewne, czy miał rację. Europejska filozofia państwa to dziś filozofia społeczeństwa jako konstelacji rozmaitych mniejszości, których samo istnienie jest traktowane jako wartość. I jak dotąd Unia wspiera także naszą mniejszość. Nie wierzę w żadne akcje popularyzatorskie, od dziesięcioleci mniejszość intelektualna stanowi mniej więcej taki sam procent społeczeństwa. Celem powinna być obrona stanu posiadania. Mamuty nie wyginą, nie powinniśmy tylko dopuścić do nadmiernego przerzedzenia ich populacji. Bądźmy zatem dobrej myśli, nie przesadzając z optymizmem".

Proponuję paradę równości. Pójdą w niej literaci i bibliofile z mamucimi atrybutami...

piątek, 11 października 2013

Do przyjaciół teatralników

      W minioną niedzielę miałem przyjemność poprowadzić I Młodzieżowe Spotkania Teatralne. Pomysł zorganizowania przeglądu najlepszych warszawskich zespołów amatorskich podjął Roman Osadnik – dyrektor Teatru Studio oraz Anna Michalak – szefowa Warszawskiego Programu Edukacji Kulturalnej (z którym związany jestem od kilku lat). Jako koordynatorowi projektu, przypadł mi w udziale przywilej zaproszenia grup teatralnych i jednego z dwóch ekspertów, których obowiązkiem było obejrzenie wszystkich spektakli, by po każdym z nich poprowadzić rozmowy z twórcami i publicznością.
Na prestiżowej scenie Teatru Studio zaprezentowały się: Teatr Wolandejski, Studio Teatru Zamkniętego, Teatr Parabuch, Kompania Teatralna Mamro oraz Teatr Pijana Sypialnia. Przedstawienia omawiali: aktor Wojciech Żołądkowicz i profesor Henryk Izydor Rogacki, na którego obecności szczególnie mi zależało.
Pan profesor, udzielając mi niegdyś wywiadu, sformułował piękny apel skierowany do naszego teatralnego środowiska. Chciałem, by te słowa pojawiły się w materiałach dotyczących Młodzieżowych Spotkań Teatralnych jako motto wspólnej sprawy, jaką jest dla nas tworzenie teatru. Tak się nie stało, dlatego zamieszczam je tutaj:

„Zawsze kibicowałem temu teatrowi, co to nazywają go amatorskim. Ja, za Leonem Schillerem, nazywam go ochotniczym. To trochę głupawa nazwa, ale inna, bo – jak mi się wydaje – nie jest inwektywą, ani żadnym klasyfikowaniem.
Cieszy mnie […], że te spektakle są często realizowane nie tylko z tego powodu, że lubi się robić teatr; że człowiek nabrał pewnej biegłości w robieniu teatru; że teatr jest pewnym sposobem spędzenia wolnego czasu, albo  po prostu sposobem na życie (To ładne i urzekające!), ale że jest oprócz tego wszystkiego mus przekazania komuś tego, co mam do powiedzenia. I dlatego robię teatr, bo moje przeżywanie świata, przeżywanie chwili obecnej, moje przeżywanie problematyki etycznej, moralnej, politycznej jest tak silne, że muszę o tym komuś powiedzieć. Obecność w nurcie prezentowanych u pastwa spektakli, w których ludzie muszą nam powiedzieć jak przeżywają świat i jakie to wywołuje u nich reakcje stanowi o wadze i wartości tych przedsięwzięć.

Mój apel byłby taki, by pielęgnując w sobie nieobojętność wobec świata, a szczególnie wobec niedoli tego świata, pamiętać także o tym, że dla ludzi robiących teatr powinna to być przyjemność bycia razem z innymi na scenie i rozkosz bycia aktorem, która nigdy nie powinna być uważana za grzeszną. Apel, by próbując rozliczyć się ze światem za pomocą teatru, odczuwać równocześnie niebotyczne szczęście z bycia aktorem. Tego wam Drodzy życzę”.
                                                                                prof. Henryk Izydor Rogacki

P.S.: Serdecznie dziękuję wszystkim zespołom, wspaniałej ekipie technicznej Teatru Studio oraz wszystkim zaangażowanym w realizację Młodzieżowych Spotkań Teatralnych. Mam nadzieję, że to święto teatru będziemy powtarzać co rok...

piątek, 22 lutego 2013

Rok Henryka Goldszmita?

W styczniowym numerze Wiadomości Literackich ukazał się mój wywiad z Wojtkiem Lasotą – Prezesem Fundacji Korczakowskiej, w którym prosiłem mojego rozmówcę o podsumowanie przedsięwzięć związanych z rokiem Janusza Korczaka. Pod koniec zadałem nieco prowokacyjne pytanie:

Czy fakt, że Janusz Korczak był Żydem nie stanowi pewnej przeszkody dla swobodnego i szerokiego popularyzowania jego postaci?

Myślę, że żeby komuś przeszkadzało to, że Korczak, Henryk Goldszmit, był Żydem, ten ktoś musi najpierw to wiedzieć. A to wcale nie jest, w powszechnym odbiorze, takie oczywiste. Korczaka nadal postrzega się stereotypowo. Przeciętnemu człowiekowi kojarzy się on z „Królem Maciusiem Pierwszym”, sierotami i utrwalonym w zbiorowej świadomości przekonaniem, że dobrowolnie poszedł ze swoimi podopiecznymi na śmierć. Większość ludzi zupełnie nie widzi tego, że Korczak jako Żyd był na tę śmierć niejako skazany. 
Wydaje mi się, że tak słaba znajomość biografii Janusza Korczaka i pokutujące wciąż na jego temat stereotypy, tłumaczą być może niezwykły fenomen przyjęcia w naszym sejmie propozycji roku Korczaka przez aklamację. Nie było ani jednego głosu przeciwnego, lub wstrzymującego się.
Pomyślałem przewrotnie, że kiedy pojawią się głosy sprzeciwu w odniesieniu do idei i postaci Korczaka, w tym też takie, które odwołują się do jego żydowskości, to będzie paradoksalnie pokazywać, że recepcja tej postaci staje się głębsza.”

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Teatr powinien być dobry

Tuż przed weekendem ukazał się najnowszy numer gazety ARTBok* (kwartalnik Białołęckiego Ośrodka Kultury), a w nim moja rozmowa z Prodziekanem Wydziału Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej, historykiem sztuki - Jarosławem Kilianem, który od lat, jako juror, towarzyszy organizowanemu przez mój ośrodek kultury Ogólnopolskiemu Festiwalowi Teatrów Amatorskich "Garderoba Białołęki". Oto mały, lecz ciekawy i ważny dla mnie fragment:

Ja: Wkurza mnie przekonanie niektórych jurorów, słyszane na festiwalach coraz częściej, że teatr amatorski powinien przede wszystkim zajmować się problemami jego twórców, którzy o swoich przeżyciach, troskach i radościach opowiedzą na dodatek za pomocą autorskiej formy, własnego tekstu i partytury spektaklu powstałej w procesie improwizacji i eksperymentów. Co pan myśli o takim szufladkowaniu amatorów?

Jarosław Kilian: To wcale nie musi być tak. Takie stawianie sprawy jest próbą zepchnięcia ruchu amatorskiego do roli jakiejś terapii, do sposobu opowiadania samemu o sobie, do działalności, której głównym adresatem jest sam twórca. 
Co prawda każdy artysta w jakiś sposób, za pomocą sztuki, mówi o sobie. Również, kiedy opiera się na cudzym tekście, cudzej twórczości. Trzeba mieć w sobie dużą dozę bezczelności, albo mocne przekonanie o ważności własnego przekazu, by decydować się na zawracanie innym głowy swoją prywatnością. Poza tym, niebazowanie na gotowym tekście, wypracowanie spektaklu autorskiego od a do zet, jest o wiele trudniejszym wyzwaniem teatralnym, niż praca w oparciu o dobry dramat, który także często pozwala nam mówić o nas. O nas przecież opowiada Sofokles, Szekspir i Czechow. Mickiewicz i Fredro też. 

Ja: Trzeba jednak przyznać, że i z takich działań, które u swych podstaw mają właśnie terapię albo poszukiwanie własnej formy wypowiedzi, mogą również wyrastać znakomite spektakle.

Jarosław Kilian: Oczywiście. To są różne metody. Nie ma jednego przepisu. Ci, którzy mówią, że są przepisy, najczęściej ulegają skostnieniu. Siła artysty polega na chęci poszukiwania jakichś nowych odkryć, własnej drogi, nawet jeżeli ta droga jest czasem błędną ścieżką, albo nie prowadzi od razu do ważnych rezultatów. Trzeba się więc wystrzegać mówienia jaki powinien być teatr amatorski, jaki powinien być teatr zawodowy; on po prostu powinien być dobry, interesujący dla widza, nieprzewidywalny, porywający, piękny.

*gazeta dostępna bezpłatnie w siedzibie i na stronie Białołęckiego Ośrodka Kultury