środa, 12 września 2012

Do czasu…

Do moich toaletowych lektur dołączył ostatnio Dziennik Jerzego Pilcha. Ta forma literacka znakomicie nadaje się do czytania w trakcie krótszych i dłuższych posiedzeń. Poznawałem w ten sposób dzienniki Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, Gombrowicza i Lapidaria Kapuścińskiego (które uznaję za specyficzną realizację dziennikowego gatunku). 
Już w pierwszym wpisie, datowanym na 21 grudnia 2009 roku, porusza Pilch proustowski temat nieustannej pogoni za utraconym czasem, nie tylko z resztą czasem minionym, ale także niechybną utratą przyszłych chwil, miesięcy i dekad…

„Dziś już jestem w dniu jutrzejszym, który przelatuje jak pojutrze. Jadę ekspresem do Warszawy i zarazem siedzę w powrotnym InterCity; wstanę, zanim legnę; zamknę, zanim otworzę; wyjmę, zanim włożę; w kwietniu Wigilia za pasem.” 

Ta obsesja czasu jest także moim przekleństwem. Jestem niewolnikiem zegarka i kalendarza, programu kolejnych i kolejnych zajęć, zadań, planowanych już w coraz dłuższej perspektywie zobowiązań i konieczności. Zaczynając weekend, myślę z bólem o jego zakończeniu; rozpoczynając pracę, biczuję się za rzeczy, których nie uda mi się załatwić przed powrotem do domu; nieustannie przejmuję się jutrem, nie umiejąc skoncentrować się na obecnej chwili, niezależnie czy to chwila wytężonego wysiłku, czy moment wytchnienia. Czas dławi mnie. Jednym z niewielu sposobów na oszukanie go jest czytanie lub właśnie pisanie dziennika, w którym błaha codzienność zamienia się w literacką kreację, znajdując swój sens choćby w samym jej (codzienności) zapisywaniu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz