niedziela, 8 maja 2016

Tele-morele

Nie pomoże żaden tok-szoł, ni seriali krocie;
nic nam nie da podglądanie gwiazd tańczących w błocie.
Nie poradzą tele-wróżki, ani radiesteci,
na nic zdadzą się też wygibasy uzdolnionych dzieci.
Żadne skoki z wysokości – wprost na zbite ciemię,
nie pomogą celebrytom zejść do nas – na ziemię.

Lubią dzisiaj luminarze srebrnego ekranu
zachowywać się jak stado, przepraszam, baranów.
Zamiast się poświęcić trochę tak zwanej kulturze,
nasi znani i lubiani chcą tańczyć na rurze.
Wolą pichcić, solić, pieprzyć coś pi razy oko,
niż nad chociaż jednym zdaniem pomyśleć głęboko.

Więc trwa w naszym telepudle karnawał głupoty:
całą dobę sranie w banię, wyprzedaż ciemnoty.


Napisałem w poczuciu wstydu i żenady, jako telewidz bardzo okazjonalny. Nie mając bowiem od dawna telewizora, z coraz większym zadziwieniem i niedowierzaniem podglądam u znajomych, rodziny kolejne produkcje, urągające inteligencji odbiorców.

niedziela, 1 maja 2016

Powidoki, drobiny, ślady

Proza Michała Głowińskiego zawsze mocno przylegała do swojego twórcy. Jej autobiografizm jest z pewnością programowy – zakreśla horyzont tematyczny i z osobistych doświadczeń pisarza czyni kanwę literackiej opowieści. Tak jest również w przypadku najnowszej książki tego wytrawnego polonisty. Carska filiżanka to niewielki tom mieszczący szesnaście opowiadań; chciało by się powiedzieć – notatek z pamięci. Ich forma przypomina nieco pamiętnikarskie zapiski, czynione jednak nie tylko dla siebie, ale przede wszystkim przez wzgląd na przyszłego czytelnika. Nie jest to jednak żaden sfingowany lub zgoła prawdziwy diariusz. Opisane tu rzeczy nie stanowią rejestracji bieżących wydarzeń i refleksji. Są jedynie próbą pochwycenia okruchów, strzępów, migotliwych obrazów sprzed lat, wokół których autor snuje wątek swych wspomnień, przyglądając się im niby bibelotom odnalezionym niespodziewanie w dawno nieodwiedzanych zakamarkach. Owe przebłyski odległych dziś spraw i spotkań są jak wątłe jesienne promienie słońca, odkrywające zapomniany kształt drogich nam niegdyś przedmiotów.

Książkę z podpisem autora wygrałem w konkursie organizowanym przez wydawnictwo Wielka Litera.

wtorek, 26 kwietnia 2016

"Skucha"

O tym, że Jacek Hugo-Bader przygotowuje nową książkę dowiedziałem się na spotkaniu w Białołęckim Klubie Książki, gdzie autor gościł w grudniu zeszłego roku. Opowiadał wówczas, że książka złożona w wydawnictwie musi czekać na rozstrzygnięcie toczonego przez prawników sporu, związanego z wycofaniem zgód na publikację dwóch ważnych bohaterów. Dzielił się z nami tym wielkim kłopotem, wyrażając nadzieję, że na wiosnę książka się jednak ukaże.

I oto jest! Tym razem mniej reporterska, bardziej osobista, emocjonalna… Dotykająca spraw wzniosłych, pięknych, ale i bolesnych, trudnych, wstydliwych i paskudnych. Hugo-Bader pyta swoich kolegów i koleżanki z Solidarności, jaką Polskę sobie wywalczyli? Jak się im podoba nowa Rzeczpospolita? Czy przemiany ustrojowe dały pole do rozwoju, czy raczej skazały na degradację? Jak dziś patrzą na swoich współpracowników, “towarzyszy broni”, dawnych działaczy, związkowców?

Są wśród nich dzisiejsi ministrowie i niemal kloszardzi; profesorowie i mechanicy, ludzie sukcesu i ci, dla których w nowej Polsce zabrakło nie tylko intratnych posad, ale czasem nawet elementarnej pomocy socjalnej. Są tacy, którzy konsekwentnie stoją przy swoich ideałach, i tacy, którzy nie chcą dziś znać dawnych przyjaciół. Wszyscy jednak noszą jakieś ślady, chwalebne i tragiczne pamiątki z “wojny jaruzelskiej”.

Autor przedstawia swoich bohaterów bez taryfy ulgowej. Odsłania szramy i blizny. Przekonuje, że podobnie jak żołnierze uczestniczący w starciach militarnych wykazują syndrom pola walki czy stresu bojowego, tak i solidarnościowi konspiratorzy mają swoje urazy, zwichnięcia, lęki…
To nie jest książka o martyrologii i etosie walki z władzami PRL. To raczej książka o życiu po dziwnej wojnie - nie tak spektakularnej, nie tak romantycznej, i nie tak do końca wygranej; wojnie, która miała wielu cichych bohaterów. Ich głos słyszymy tu być może po raz pierwszy.

piątek, 15 kwietnia 2016

Lektura budująca

Oto księga piękna! A nawet podręcznik piękna, będący zarazem znakomitym przewodnikiem po najlepszych, najciekawszych, czasami też najdziwniejszych perłach polskiej architektury. Filip Springer, przyzwyczaiwszy nas do tekstów, w których raczej piętnował rozliczne dramaty naszej przestrzeni publicznej, postanowił tym razem zainterweniować nieco inaczej, pokazując to, co warte uwagi i naśladowania.

W Księdze zachwytów znalazły się zdjęcia i krótkie teksty poświęcone budynkom nowoczesnych muzeów, bibliotek, szkół, filharmonii, ale także znacznie starszym budowlom, które dziś mają już status zabytków. Prócz wielkich, spektakularnych gmachów i osiedli, są tu także przystanki, dworce, kaplice, a nawet domki na drzewach i stacja benzynowa (!). Springer przejechał całą Polskę wzdłuż i wszeż. Swój przewodnik podzielił na części odpowiadające jej regionom.

Wiele z opisanych realizacji może być celem podróży; do wielu sam z ochotą się wybiorę lub odwiedzę, gdy tylko nadarzy się sposobność. Najchętniej pojadę do Rumi, by obejrzeć tamtejszą Stację Kultura - bibliotekę umiejscowioną w budynku kolejowego dworca. Chciałbym też koniecznie zobaczyć Małopolski Ogród Sztuki, centrum rekeracyjno-sportowe w Olsztynie, Teatr Szekspirowski w Gdańsku i bydgoską przystań na Wyspie Młyńskiej…

Wśród obiektów architektonicznych, zachwalanych przez Springera znalazł się i taki, którego wolałbym nie oglądać. Nie znam się wprawdzie na plastyce i sztukach wizualnych, ale zachowując prawo widza, odbiorcy, nie zgadzam się z autorem, zachwycającym się kościołem pw. Miłosierdzia Bożego w Kaliszu, zwanym przez mieszkańców (jakże słusznie!) białym batmanem. Gdyby Bilbo Baggins przeniósł się do świata Gwiezdnych Wojen, tak właśnie wyglądałaby jego chatka.

Księga zachwytów jest lekturą dostępną dla laików. Można ją traktować także jako zachętę i wstęp do świata sztuki. Lekcję estetyki, którą powinniśmy odrobić. Czym jest ów jeden “biały batman” wobec ponad stu springerowych architektonicznych ochów i achów?

Książkę otrzymałem dzięki uprzejmości Księgarni Matras.

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Groch z kapustą czyli empik

Byłem w empiku (Ursus, C. H. Skorosze). Chciałem zerknąć do kilku książek, które niedawno wyszły. Mimo że to nowości, z trudem odnalazłem je w chaosie wszelkiego badziewia: puzzli, pędzli, kolorowanek, gier, słodyczy i zabawek. Wziąłem do ręki opowiadania Michała Głowińskiego (schowane skrzętnie przed oczami kupujących) i czytam, czytam, przeglądam… Próbuję nie zwracać uwagi na klaszczące mi do ucha disco. Wreszcie rozglądam się za jakimś miejscem do siedzenia: sofą, fotelem, pufą chociaż, taboretem, żerdzią, czymkolwiek. I oczywiście dupa. Nie ma takiego czegoś. Nie istnieje! Po co ma się klient rozsiadać? Może jeszcze czytał będzie, miejsce zajmował? Burak jeden. Jak chce czytać, to niech kupi i spierdala. My tu takich, co za darmochę z kulturą się zapoznają nie chcemy!

Spierdoliłem więc…

P.S.: Tak to można cebulę sprzedawać, albo nawozy sztuczne.

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Reporter przeciw bezmyślności

Dariusza Rosiaka znam z czytanej niegdyś z wielkim zainteresowaniem książki o księdzu  Romualdzie Jakubie Wekslerze-Waszkinelu, a także z Domu Kultury “Włochy”, gdzie mam okazję czasem go spotkać…

Jego ostatnia książka, Ziarno i krew. Podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan, jest lekturą niezwykle wymagającą, wręcz trudną. Ale taką właśnie być musi, skoro dotyka tematu jedynie z pozoru rozpoznanego - w rzeczywistości mamy bowiem bardzo blade pojęcie o relacjach międzyreligijnych i międzykulturowych w Turcji, Kurdystanie, Egipcie, Izraelu, Iraku, Libanie, Syrii i innych miejscach, do których Rosiak dotarł w swej podróży ku źródłom chrześcijaństwa i, o paradoksie!, źródłom największych dzisiaj i najbardziej niepokojących konfliktów.

Zaszłości historyczne, dogmatyczne niuanse i zadawnione spory, a także zawiązywane w nadziei na pokój i ocalenie egzotyczne sojusze kościołów i krwawych dyktatur dowodzą, że nasze europejskie rozumienie bliskowschodnich skomplikowanych procesów społecznych jest obarczone wieloma stereotypami, zastępującymi rzetelną wiedzę oraz nieuprawnionym poczuciem wyższości, które tylko zaciemnia perspektywę.

Z łatwością ferujemy wyroki, nie próbując zrozumieć prawdziwych przyczyn; potępiamy lub wyrażamy poparcie, a nawet interweniujemy (Irak, Afganistan) nie potrafiąc jednak zapewnić stabilizacji, wyciszyć konfliktów… Zbieramy więc żniwo, nie chcąc jednak przyznać, że Daesz i nasilające się ataki terrorystyczne są także naszą porażką, naszym zaniechaniem i po części również naszą winą.

     “Wielu ludzi nie przyjmuje do wiadomości faktu, że rzeczywistość jest skomplikowana, łatwiej jest na podstawie jednego incydentu albo wypowiedzi tworzyć trwałe uogólnienia. Widać to zwłaszcza w sytuacjach konfliktowych, kiedy tęsknimy za historią, która byłaby oparta na znanych wcześniej, niezmiennych założeniach. Stąd w relacjach z Bliskiego Wschodu stwierdzenia typu: Islam jest religią przemocy, Żydzi nienawidzą Palestyńczyków, Turcy nienawidzą Ormian. Stąd uproszczone opisy, w których wyjątek może uzyskać rangę normy, bo pasuje do wcześniej stworzonego przez nas obrazu.”

Rosiak pisze swą niełatwą książkę wbrew prostym, łatwostrawnym odpowiedziom na trudne pytania. Za tę robotę należy mu się uznanie i uważna lektura.

P.S. W książce znalazłem także inny fragment, który wyraża także moje głębokie przekonanie o tym, co jest prawdziwą miarą tolerancji i zwykłej ludzkiej przyzwoitości (z Dariuszem Rosiakiem rozmawiał brat Louis-Marie Coudray z Abu Ghusz):

"- [...] Laickość państwa nie polega bowiem na wypieraniu przejawów religijności z życia publicznego.
- Francuski benedyktyn krytykuje laickość?
- A co innego można robić? We Francji laickość stała się chorobą ideologiczną. Jeśli w przestrzeni publicznej nie można postawić pomnika papieża, bo rzekomo kłóci się to z zasadą laickości państwa, to mamy do czynienia z poważną aberracją. Wypieranie wymiaru religijnego z życia ludzi budzi ich frustrację i powoduje ostatecznie schizofrenię społeczną. Prawdziwa laickość polega na akceptacji różnic między nami.”

czwartek, 31 marca 2016

Bardzo dobre pół

Tę książkę Springera najlepiej czytać od połowy. Pierwsza część zawiera bowiem niesłychanie drobiazgowy szkic historyczny traktujący o wzlotach i upadkach polskich spółdzielni mieszkaniowych. Ruch spółdzielczy odmalowany jest z iście benedyktyńską skrupulatnością. Śledzimy więc różnorakie pomysły i sposoby na realizację przedsięwzięć, mających uboższym warstwom udostępnić w krótkim czasie tani i godziwy dach nad głową. Poznajemy inicjatorów, polityków, działaczy oraz wykonawców budowlanych planów, dowiadujemy się które spółdzielnie mogły liczyć na państwową pomoc, a które nie. Wraz z autorem odwiedzamy narady i wiece, wysłuchując przemówień i odezw. Przekonują one jednak przede wszystkim już przekonanych do prospołecznych inicjatyw mieszkaniowych. W większości nudne jest to przeokropnie. Choć oczywiście daje pewne światło na dzisiejsze, wolnorynkowe problemy i paranoje, które z wielką determinacją śledzi Springer i opisuje w drugiej części 13 pięter.

Tu właśnie rozpoczyna się ciekawa, wciągająca wręcz lektura. W trzynastu reporterskich obrazkach pojawiają się wszelkie doskwierające nam obecnie dziwactwa i kurioza rządzące rynkiem nieruchomości. Autor dla każdego z tych kuriozów stara się znaleźć egzemplifikację. Spotyka się więc z ludźmi wyrzuconymi z domów przez bezwzględnych „czyścicieli kamienic”, pyta dwudziesto- i trzydziestoparolatków o ich kilkudziesięcioletnie zobowiązania kredytowe, śledzi postanowienia kolejnych rządów, które z zadziwiającą konsekwencją wspierały deweloperów i wielkich graczy, spychając na margines detalicznych nabywców. W swoich dociekaniach Springer staje zawsze po stronie słabszych – „frankowiczów” oszukanych przez doradców kredytowych; starszych ludzi wykorzystanych przez nieuczciwych nabywców; najemców kawalerek, pokoi, klitek, postawionych pod ścianą wysokich cen i skazanych na wieczną niepewność oraz nieograniczone niemal niczym widzimisię właścicieli.

Chory system mieszkaniowy, niewydolność samorządów, na których barki zrzucono państwową politykę lokalową, napuchnięty rynek, na którym ceny już dawno powędrowały poza pułap dostępny zwykłemu śmiertelnikowi stara się opisać Filip Springer, wskazując jednocześnie na nieliczne udane próby przezwyciężania tego impasu. Remedium na tę zapaść mają być według niego właśnie Towarzystwa Budownictwa Społecznego, będące w pewnym stopniu kontynuacją dawnych spółdzielni. Jednak i one pozbawione tanich kredytów i poważnego wsparcia ze strony rządu, stają się kolejnymi komercyjnymi graczami na trudnym polskim rynku nieruchomości. 

P.S.: Książkę pożyczyłem od oczytanej koleżanki z Domu Kultury "Włochy".