Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bluszcz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bluszcz. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 maja 2012

Książki na tron!

Literatura klozetowa zyskała kolejnego piewcę. Tomasz Pindel w majowym numerze „Bluszcza” poświęcił jej cały felieton, w którym czytamy, że „musi być lekka – wymaga tego sprawa, której służy”. Prócz propozycji sedesowego kanonu lektur (z Myślami nieuczesanymi Leca i Lapidariami Kapuścińskiego na czele – jak u mnie!) – znajdujemy tu szereg porad praktycznych, z których przytoczę dwie:

      „Nie należy czytać książek opasłych i ciężkich. Ubikacyjna lektura Lodu Jacka Dukaja czy Łaskawych Littella przyprawi czytelnika o skoliozę, obrzęk ramion i hemoroidy”,

      „[Należy czytać] utwory niezbyt śmieszne – spazmy radości zakłócają naturalny przebieg zasadniczej czynności właściwej dla ubikacji – oraz niezbyt smutne – trudno skupiać się na fizjologicznym meritum, gdy wstrząsają nami szlochy”.

Dumą napawa mnie fakt, że do grona popularyzatorów literatury toaletowej (czy też literackiej toalety) dołączyłem już ponad rok temu, kiedy opublikowałem pierwszy wpis w moim skromnym pamiętniczku.

wtorek, 3 kwietnia 2012

Naszej kultury obraz ponury

W kwietniowym numerze „Bluszcza” przeczytałem właśnie wywiad z Krzysztofem Vargą, a w nim niemal rytualny dziś passus o marnym poziomie polskiego czytelnictwa:

     „Jesteśmy pod tym względem o wiele gorsi niż reszta Europy. Może to dlatego, że nie mamy takich aspiracji, jesteśmy kulturą chłopską, a mieszczańska u nas nie istnieje. Nie, żebym był fanem kultury mieszczańskiej, ale podoba mi się ten rodzaj snobizmu, który istnieje choćby w Niemczech – przyzwoity mieszczanin musi tam co jakiś czas pójść do teatru, przeczytać książkę, bo tak wypada. W naszym kraju pokutuje przekonanie, że czytanie książek to strata czasu i obciach: co ty z tego będziesz miał? Myślę, że stoimy na progu katastrofy mentalnej.”

A mnie od jakiegoś czasu kusi mój mały intymny belzebub, żeby przestać w końcu biadolić, wyrzekać w kółko na opłakany stan naszej kultury, bo w końcu co to da? Z tego typu jeremiad nic zazwyczaj dobrego nie wynika, poza pyszałkowatym poczuciem, że oto my, świadomi, wykształceni i twórczy, stoimy na wyższym stopniu rozwoju, niż nasi niecywilizowani rodacy. Ten wewnętrzny czart namawia wręcz do porzucenia myśli o jakimkolwiek nawracaniu na kulturę tych, co nie widzą w niej żadnej pociągającej wartości, a obcowanie ze sztuką kojarzy im się z koszmarnie nudnym i męczącym „przerabianiem” szkolnych lektur.
Diabelski szept nakazuje mi więc pozostać egoistą; skoncentrować się jedynie na moim własnym uczestnictwie w kulturze. To moje wybory czytelnicze, mój udział w spektaklach i projekcjach, moje preferencje muzyczne i zainteresowanie sztuką mają się liczyć! Grunt, że dbam o własny rozwój, o innych nie muszę się troszczyć…
Lecz, jak powiada klasyk, „tu właśnie jest sęk pogrzebany!”. Kultura nie jest przecież ustawionym raz na zawsze regałem, z którego wyższych lub niższych półek możemy wybierać sobie różne smakołyki; jest procesem, który dla zachowania ciągłości wymaga nieustannego dialogu pomiędzy nadawcami a odbiorcami; pomiędzy twórcami i publicznością. Nie dając nic z siebie, nie dbając o stworzenie odpowiednich warunków do zaistnienia takiej komunikacji stajemy się kulturalnymi pasożytami. Popełniamy ciężki grzech zaniechania.

Pracuję w ośrodku kultury, gram w amatorskim teatrze, piszę ten blog… Łudzę się, że choć w małej skali, na własną miarę, poszerzam nieco przestrzeń kultury.