Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hugo-Bader. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hugo-Bader. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 października 2018

Reporterska archeologia

Jacek Hugo-Bader, podobnie jak we wcześniejszej Skusze, zabiera się do reporterskiej archeologii. Wraca do bohaterów, spraw i przypadków, które opisywał w tekstach publikowanych w "Gazecie Wyborczej" na początku przemian ustrojowych – w początku lat dziewięćdziesiątych. Odwiedza rodziny w popegeerowskich wsiach, pierwszych obszarników próbujących swoich sił w nowej, kapitalistycznej ojczyźnie, dziwaków, odszczepieńców i meneli, a także rodziców, którzy jako pierwsi w Polsce korzystali z leczenia metodą in vitro.

Nietuzinkowy pomysł, by sprawdzić jak poszło bohaterom, z którymi spotkał się przed ćwierćwieczem, przeprowadzić Audyt i przekonać się, jakie historie napisało im życie, pozwolił stworzyć perspektywę niezwykle rzadko dającą się uchwycić w reportażu.

Nie wszystkie opisane w książce sprawy mnie zajęły. Rozdział poświęcony historii mieszkańców ulicy Brzeskiej wydał mi się za długi i na dobrą sprawę nieciekawy, poza kilkoma spostrzeżeniami natury socjologicznej. Raziło mnie, że Hugo-Bader chciałby traktować tę część Warszawy jak rezerwat, z żywymi ludzkimi eksponatami.

Bardzo polecam natomiast część piątą Nasiona. Czyli poza ustrojem, zawierającą reportaże o niełatwych doświadczeniach rodzicielstwa obarczonego trudnościami z zajściem w ciążę lub zagrożeniami możliwych chorób genetycznych dziecka. Problemy moralne towarzyszące pierwszym polskim sukcesom leczenia niepłodności metodą in vitro oraz osiągnięciom związanym z rozwojem badań prenatalnych, mimo ogromnego postępu medycyny, dziś są w gruncie rzeczy takie same. Nadal musimy walczyć ze stereotypami i kłamstwami powtarzanymi przez niektórych hierarchów Kościoła i część środowisk sprzeciwiających się in vitro. Nadal pary sięgające po ostatnią deskę ratunku i lekarze pomagający im zostać rodzicami własnego dziecka są poddawani ogromnej presji społecznej. Nadal są narażeni na piętnujące wypowiedzi, którymi bez zająknięcia posługują się przede wszystkim ci, których problem niepłodności i rodzicielstwa nie dotyczy.

wtorek, 26 kwietnia 2016

"Skucha"

O tym, że Jacek Hugo-Bader przygotowuje nową książkę dowiedziałem się na spotkaniu w Białołęckim Klubie Książki, gdzie autor gościł w grudniu zeszłego roku. Opowiadał wówczas, że książka złożona w wydawnictwie musi czekać na rozstrzygnięcie toczonego przez prawników sporu, związanego z wycofaniem zgód na publikację dwóch ważnych bohaterów. Dzielił się z nami tym wielkim kłopotem, wyrażając nadzieję, że na wiosnę książka się jednak ukaże.

I oto jest! Tym razem mniej reporterska, bardziej osobista, emocjonalna… Dotykająca spraw wzniosłych, pięknych, ale i bolesnych, trudnych, wstydliwych i paskudnych. Hugo-Bader pyta swoich kolegów i koleżanki z Solidarności, jaką Polskę sobie wywalczyli? Jak się im podoba nowa Rzeczpospolita? Czy przemiany ustrojowe dały pole do rozwoju, czy raczej skazały na degradację? Jak dziś patrzą na swoich współpracowników, “towarzyszy broni”, dawnych działaczy, związkowców?

Są wśród nich dzisiejsi ministrowie i niemal kloszardzi; profesorowie i mechanicy, ludzie sukcesu i ci, dla których w nowej Polsce zabrakło nie tylko intratnych posad, ale czasem nawet elementarnej pomocy socjalnej. Są tacy, którzy konsekwentnie stoją przy swoich ideałach, i tacy, którzy nie chcą dziś znać dawnych przyjaciół. Wszyscy jednak noszą jakieś ślady, chwalebne i tragiczne pamiątki z “wojny jaruzelskiej”.

Autor przedstawia swoich bohaterów bez taryfy ulgowej. Odsłania szramy i blizny. Przekonuje, że podobnie jak żołnierze uczestniczący w starciach militarnych wykazują syndrom pola walki czy stresu bojowego, tak i solidarnościowi konspiratorzy mają swoje urazy, zwichnięcia, lęki…
To nie jest książka o martyrologii i etosie walki z władzami PRL. To raczej książka o życiu po dziwnej wojnie - nie tak spektakularnej, nie tak romantycznej, i nie tak do końca wygranej; wojnie, która miała wielu cichych bohaterów. Ich głos słyszymy tu być może po raz pierwszy.

piątek, 24 października 2014

Himalaje

Książka o niesłychanej amplitudzie temperatur – i tych mierzonych w stopniach Celsjusza, i tych, które oddać można jedynie na skali rozpiętej między miłością a nienawiścią; wiarą a zwątpieniem; między euforią zwycięstwa a dojmującym poczuciem bezradności.

W czerwcu 2013 roku Jacek Hugo-Bader dołączył do wyprawy na Broad Peak, której celem było odnalezienie ciał dwóch himalaistów (Macieja Berbeki i Tomasza Kowalskiego – obaj w marcu 2013 zdobyli szczyt, lecz nie zdołali z niego wrócić). Niezwykła podróż staje się okazją do lepszego poznania twardego świata wysokogórskiej wspinaczki. Reporter, towarzysząc alpinistom, miał okazję przekonać się, jak wygląda ich świat, ich życie; czym okupione są tryumfy i jak wielkie niebezpieczeństwo grozi każdemu, kto wbrew nieludzkim warunkom klimatycznym, wbrew jakiejkolwiek logice, kładzie na szali własne życie, by wejść na szczyt.

Najbardziej poruszyły mnie jednak nie tyle kwestie przekraczania linii śmierci, zmagania z zabójczą na pewnej wysokości przyrodą, ale dramatyczne relacje z wyprawy, którą przypłacili życiem dwaj młodzi Polacy, a także wypowiedzi dotyczące innych tragicznych wypadków, których ofiarami byli najwięksi alpiniści świata… Łatwość ferowania wyroków wobec innych i równie łatwe usprawiedliwienia własnych zachowań, egoizm i zawiść, braterstwo liny i towarzyszące mu deklaracje, że powyżej 7000 metrów zwykła „ziemska” etyka nie obowiązuje. Wyścig. Ucieczka w góry – od szarego życia, od nudy, ale też od zobowiązań, problemów i rodzin. Piekło w temperaturze poniżej -30°C.

Zamiast fragmentu książki, cytuję kilka zdań rozmowy Jacka Hugo-Badera z Anetą Żukowską. Pełny tekst wywiadu tutaj.

Moje wrażenie po lekturze Twojej książki jest takie, że jesteś przede wszystkim zdumiony himalaizmem.

Tak, coraz bardziej. Ludźmi i etosem himalajskim. Jestem coraz bardziej krytyczny wobec tego. Uważam, że to są współczesne walki gladiatorów. O tym rozmawiałam też z profesorem Hołówką […]. Walki gladiatorów, a zatem coś niegodnego, niedobrego. Nie powinno się pozwalać na walki gladiatorów.

Nie powinno się pozwalać na walki gladiatorów, czy na to by te walki były oglądane?

I na jedno i na drugie. Nie powinno się robić widowiska z oczywistej śmierci. Ja uważam, że himalaiści jadą po śmierć. Wielu się udaje, ale bardzo wielu się nie udaje. Przecież Aneta, oni giną jak muchy! Gapienie się na to jest niegodne.

Tutaj mogę się zgodzić. Ale są także inne aktywności, powiedzmy sportowe, w których również jest wysokie ryzyko śmierci, np. Formuła Jeden.

Wszędzie się może zdarzyć śmierć, nawet w gimnastyce artystycznej i w skoku o tyczce. Ale w himalaizm akurat jest to wpisane. W Formule Jeden ścigają się samochody, których używamy wszyscy. Gdybyśmy chcieli w ogóle unikać śmierci, nie powinniśmy wychodzić na ulice, to jest niemożliwe. Ale nie można iść w góry i szukać śmierci. Bardzo często właśnie tak to wygląda – na szukanie śmierci. W pewnym momencie przestałem wierzyć w nieszczęśliwe wypadki, to wszystko wygląda mi na szaleńcze samobójstwo. Oczywiście to jest pewna metafora.

Odwołujesz się w książce do psychologii, jak w przypadku pracy Zdzisława Jana Ryna „Zespół astenii wysokogórskiej”. Myślisz, że himalaizm wymaga tego, co kiedyś nazywaliśmy predyspozycją, a dziś nazwalibyśmy skłonnością?

Do podejmowania wielkiego ryzyka. Odwaga jest cnotą, prawda? Ale jak każda cnota, musi mieć swoje skrajne bieguny. Z jednej strony jest tchórzostwo, z drugiej brawura. I obie te skrajności są występkami. Niedopuszczalnymi. Ja myślę, że ktoś kto nie jest brawurowy, nie ma szans w tej dyscyplinie. Idąc zatem tą myślową ścieżką – występek, grzech jest niezbędnym, oczywistym składnikiem tego sportu, tej aktywności. Himalaizmu po prostu.”

poniedziałek, 1 października 2012

Magiczny cytat

Kto czytał Jacka Hugo-Badera wie, że kiedy tylko w „baderowych” reportażach występuje Żyd, jego pojawieniu się towarzyszy nieodmiennie pewna zaczarowana fraza, zaczerpnięta od Izaaka Babla. Przeglądając Armię Konną i inne utwory, natrafiłem na nią w króciutkim opowiadaniu, zatytułowanym Gedali. Obszerny fragment tej literackiej miniaturki zamieszczam, wytłuszczając ulubione zdanie autora Białej gorączki.


   „Siedzimy na baryłkach po piwie. Gedali nawija i rozwija wąską bródkę. Jego cylinder kiwa się nad nami jak czarna wieżyczka. Ciepłe powietrze nas opływa. Niebo mieni się kolorami. Tam, w górze, rzewna krew sączy się z przewróconej butelki i ogarnia mnie lekki zapach butwienia.
   – Rewolucja – powiedzmy jej «owszem», ale może mamy sobocie powiedzieć «nie»? – tak zaczyna Gedali i oplata mnie jedwabnymi rzemykami przydymionych swoich spojrzeń. – Ja krzyczę «tak» rewolucji, krzyczę jej, że tak, ale ona chowa się przed Gedalim i posyła naprzód tylko swoje kule…
   – Do zamkniętych oczu słońce nie trafia – odpowiadam staruszkowi – ale my te zamknięte oczy siłą otworzymy… 
   – Polak zamknął mi oczy – szepcze starzec ledwo dosłyszalnie. – Polak to zła bestia. Polak bierze Żyda i wyrywa mu brodę – ach, bestia! A znowu teraz go biją, tę złą bestię. To wspaniale, to jest rewolucja! Ale potem ten, co bił Polaka, powiada do mnie: «Oddaj twój gramofon do rejestracji, Gedali…”» «Ja kocham muzykę, proszę pani» - odpowiadam na to rewolucji. «Ty sam nie wiesz, co kochasz, Gedali, ale jak zacznę do ciebie strzelać, to już będziesz wiedział, a ja nie mogę się obejść bez strzelania, bo ja jestem rewolucja…» 
   – Ona nie może się obejść bez strzelania, Gedali – mówię staruszkowi – bo to właśnie jest rewolucja… 
   – Ale Polak strzelał, mój łaskawy panie, bo był za kontrrewolucją. Wy znowu strzelacie dlatego, że jesteście za rewolucją. A rewolucja – to przecież ma być przyjemność. A przyjemność nie lubi sierot w domu. Dobre rzeczy są robione przez dobrych ludzi. A dobrzy ludzie nie zabijają. To znaczy, żę rewolucję robią źli ludzie. Ale Polacy też źli ludzie. Kto więc powie Gedalemu, gdzie rewolucja, a gdzie kontrrewolucja?”

piątek, 9 marca 2012

Paputczik Szałamow

To już trzecia książka autorstwa Jacka Hugo-Badera, ale dopiero pierwsza, którą reporter napisał od początku do końca. Nie chcę przez to powiedzieć, że dotąd korzystał z jakiejś pomocy. Po prostu dwie rewelacyjne poprzedniczki Dzienników kołymskich były zbiorami powstałych wcześniej tekstów. Tym razem wraz z autorem odbywamy podróż po „najstraszniejszej, przeklętej albo najdalszej wyspie Archipelagu Gułag, jego lutym biegunie, ruskiej Golgocie, byłym krematorium, arktycznym piekle, mroźnym koncłagrze bez pieców, czy też, nie przymierzając, machinie do przemysłowego mielenia mięsa i kruszenia kości” – Kołymie – do dziś (o ironio!) nazywanej także „złotym sercem Rosji”.

      „Na Kołymie jest mniej turystów niż na biegunie północnym czy Mount Evereście. Ja nie spotkałem żadnego.”

    „Podróżuję nim śladami Warłama Tichonowicza Szałamowa, z jego ogromnym, tysiącstronicowym zbiorem Opowiadań Kołymskich. To wielka rosyjska literatura, najbardziej wstrząsający, niezwykły oraz cywilizacji więziennej, którą Szałamow potrafi skompresować, streścić w trzech przykazaniach: nie wierz, nie bój się, nigdy nie proś. I jeszcze jedna cnota obowiązkowa, bez której nie przeżyjesz: umiej kraść, poczynając od chleba współwięźniom.”

      „Mam poczucie, że im bardziej wjeżdżam w głąb Kołymy, tym bardziej cofam się w czasie, bardziej zanurzam się w starą, sowiecką, zahibernowaną rzeczywistość. Rzeczywistość wszechstronnych urzędników, którzy zrobią wszystko, żeby pokazać swoją wyższość, potęgę, moc, władzę na tym, który stoi przed ich biurkiem.”

Mnie bardzo spodobała się króciutka opowieść, której bohaterka – babuszka Marija – dla ratowania ciężko chorej wnuczki, oddała rodzicom dziewczynki swoją bibliotekę. Dzięki sprzedaży gromadzonych przez lata tomów, rodzina mogła wyjechać z Kołymy i osiedlić się w bardziej sprzyjającym klimacie, co zalecili miejscowi lekarze. Zadziwił mnie i wzruszył fakt, że w chwili upadku Imperium, w środku tajgi, niesłychanie biedni ludzie potrafili ostatnie kopiejki wydawać na zakup tych książek.