Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Duży Format. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Duży Format. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 kwietnia 2015

O piewcy faktów autentycznych

Nazywany szalejącym reporterem i poetą faktu, religijny Żyd, wojujący socjalista, żołnierz Korpusu Praskiego walczący na frontach I wojny światowej, prażanin, pisarz i publicysta – Egon Erwin Kisch – twórca Jarmarku sensacji – zbioru autobiograficznych tekstów i wspomnień, które polskiemu czytelnikowi przypomniano w ramach znakomitej serii Reporterzy Dużego Formatu – Klasyka.

Lektura tej książki skłania do rozszerzenia zestawu cech niezbędnych rasowemu reporterowi o spryt, skłonność do poświęceń, zdolność wykrywania nieoczywistych powiązań i zależności, odwagę, a w końcu także bezczelność i fart. W połączeniu z umiejętnościami literackimi, niezbędną ciekawością rzeczy pozornie oczywistych i czułym węchem otrzymujemy wierny portret dziennikarza, na którym wzorować się będą najznamienitsi reporterzy kolejnych epok i dziesięcioleci, w ich gronie również Polacy, by wymienić chociaż Ryszarda Kapuścińskiego czy Małgorzatę Szejnert.

Z książki:

       „«Fantazja»! Czy kształtowanie prawdy nie wymaga fantazji? To prawda, fantazja nie może się w tym wypadku swobodnie rozwinąć, może posuwać się jedynie wąską ścieżyną między jednym faktem a drugim i ruchy jej muszą pozostawać w rytmicznej zgodzie z faktami. Ale nawet tego ograniczonego miejsca nie ma fantazja wyłącznie dla siebie. Wraz z całym zespołem baletowym form sztuki musi się ona obracać w korowodzie, aby najbardziej kruchy materiał – rzeczywistość – w niczym nie ustąpił najbardziej elastycznemu materiałowi – kłamstwu.”

Książkę otrzymałem dzięki uprzejmości księgarni internetowej Publio.pl.

środa, 16 lipca 2014

Tańczący z niedźwiedziami

Niegdyś, za starych dobrych i słusznie minionych czasów, z lekkim uśmieszkiem pokpiwano ze Związku Radzieckiego, opowiadając legendę o niedźwiedziach przechadzających się moskiewskimi ulicami. Historyjka ta miała zresztą swoje lokalne odmiany, tyczące się także krajów tzw. bloku wschodniego, zwanych pieszczotliwie „demoludami”. Dla mieszkańców „zgniłego Zachodu”, byliśmy wówczas odległą planetą – dziką, egzotyczną i nieatrakcyjną, odgrodzoną szczelnie „żelazną kurtyną”. 

Opowiastka o niedźwiedziach nie miała oczywiście nic wspólnego z prawdą. Albo prawie nic… W niektórych miastach Bułgarii, Rumunii czy Ukrainy, a czasem także Polski i oczywiście ZSRR, pojawiali się niekiedy cygańscy niedźwiednicy, pokazujący gawiedzi tresowane misie; wykonujące cyrkowe sztuczki, kołyszące się na tylnych łapach w rytm wygrywanych melodii.

Witold Szabłowski w swojej najnowszej książce opisuje drogę do wolności bułgarskich niedźwiedzi, które dzięki unijnym przepisom i niezwykle sprawnym działaniom pewnej fundacji zostały odebrane Cyganom i umieszczone w specjalnie stworzonym rezerwacie. Autor rozmawia zarówno z ekologami walczącymi o prawa zwierząt, jak i samymi niedźwiednikami, którzy muszą pożegnać się ze swymi „podopiecznymi”, tracąc jednocześnie źródło zarobku, będące niejednokrotnie podstawą ich egzystencji. Naświetla wszelkie aspekty przeprowadzanej akcji, odsłaniając ambiwalentność tych działań, a przede wszystkim pozorną wolność, jaką zapewniono niedźwiedziom wyrwanym ze środowiska, do którego przywykły, mimo bólu i cierpienia zadawanego im przez właścicieli.

Sytuacja bułgarskich niedźwiedzi posłużyła Szabłowskiemu jako poręczna metafora naszej postkomunistycznej rzeczywistości, która w pewnych aspektach do złudzenia przypomina zafundowane zwierzętom przyspieszone korepetycje z niełatwej wolności. Reporter zagląda w różne okolice odzyskanej Europy (Ukraina, Polska, Bułgaria, Albania, Estonia, Grecja), nie zapominając też o innych spadkobiercach Kraju Rad, jak Kuba czy wreszcie obecna Federacja Rosyjska. Wszędzie znajduje zdarzenia, zachowania, praktyki i problemy zaskakująco zbieżne z tymi, które wcześniej zaobserwował w Parku Tańczących Niedźwiedzi.

      „Niestety, nasze niedźwiedzie mają nie tylko zapach, ale i mentalność niewolników. Dwadzieścia, trzydzieści lat były przyzwyczajone, że ktoś za nie myśli, zapewnia im zajęcie, mówi, co mają robić, co będą jeść i gdzie spać. To nie było idealne życie dla niedźwiedzia, ale innego nie znały.”

        „Pierwsza i najważniejsza rzecz, której niedźwiedzie muszą się nauczyć na wolności, to że ma ona swoje granice.
       Granicą jest w ich wypadku elektryczny płot pod napięciem, rozciągnięty wokół całego parku. Musi tu stać, żeby niedźwiedzie nie uciekły z parku do świata, w którym nie umieją żyć. W rezerwacie mogą więc wszystko – mogą iść, gdzie chcą, jeść, co chcą, mogą spać, mogą się bawić, mogą uprawiać seks.
         Byle nie dotykały płotu."

sobota, 22 marca 2014

Watergate po polsku

„Humpty Dumpty na murze siadł.
Humpty Dumpty z wysoka spadł.
I wszyscy konni, i wszyscy dworzanie.
Złożyć do kupy nie byli go w stanie.”

Tę zgrabną, popularną ponoć w Ameryce, wyliczankę w posłowiu do książki przywołał Piotr Tarczyński, wskazując na jej powiązania z oryginalnym tytułem (All the King’s Men), gdzie domniemanym królem ma być właśnie Humpty Dumpty. Cytowana rymowanka, moim zdaniem, znakomicie oddaje problem przedstawiony przez autorów Boba Woodwarda i Carla Bernsteina, którzy w niezwykle interesujący sposób zrelacjonowali swoje dziennikarskie śledztwo, dotyczące słynnej „afery Watergate”.

Poza ujawnieniem przez reporterów Washington Post, że Biały Dom pod rządami Richarda Nixona prowadził szereg nielegalnych działań szpiegowskich, których celem byli przede wszystkim przedstawiciele partii Demokratycznej, udało się także wykazać, że kiedy działania te wymknęły się spod kontroli i wiadomości o nich wyciekły do mediów, wielu z najbliższych współpracowników prezydenta i wysoko postawionych funkcjonariuszy państwowych zaangażowało się w tuszowanie niezgodnych z prawem poczynań, starając się uratować własną reputację i wykręcić się od odpowiedzialności, a przede wszystkim ochronić Nixona. Szeroko zakrojona akcja odcinania się od zarzutów o zakładaniu nielegalnych podsłuchów, zatrudnianiu szpiegów i finansowaniu działań sabotażowych z ukrytego funduszu, do którego trafiały bezprawnie zgromadzone środki, próba zdyskredytowania dziennikarzy, zajmujących się sprawą Watergate, zastraszanie pracowników Białego Domu i kłamliwe deklaracje przedkładane przez waszyngtońską administrację nie powstrzymały, jak wiemy, przed ostatecznym upadkiem republikańskiej władzy i przerwaniem drugiej kadencji Nixona, zmuszonego do rezygnacji z urzędu. Był to jedyny prezydent w historii USA, który ustąpił ze stanowiska. 

Książka Woodwarda i Bernsteina była z kolei największym sukcesem wydawniczym tamtego czasu. Wydana w czerwcu 1974 roku stała się od razu bestsellerem, a prawa do jej ekranizacji wykupiono jeszcze zanim autorzy zdołali ją napisać (sic!). Redakcja Washington Post, rok przed jej publikacją, odebrała już Nagrodę Pulitzera za teksty o Watergate, których autorami byli przede wszystkim Bob Woodward i Carl Bernstein.

Dziś polski czytelnik może po raz pierwszy zapoznać się z tym niebagatelnym dziełem, które na stałe zapisało się w historii światowej literatury faktu. To nie tylko relacja z przeprowadzonego śledztwa, ale także świetny, żywy i wciągający zapis sensacyjnej gry jaką autorzy toczyli z niezmiernie trudnym przeciwnikiem, której stawką była nie tylko reputacja ówczesnej amerykańskiej władzy najwyższego szczebla, ale także racja mediów, stojących w tej rozgrywce na straży etycznych standardów życia społecznego i wartości, jakim Amerykanie dali wyraz w swojej konstytucji. Polecam.

Książkę otrzymałem dzięki uprzejmości księgarni internetowej Publio.pl.

niedziela, 24 listopada 2013

To co, że ze Szwecji?

      Drugie, poszerzone, wydanie książki Macieja Zaremby-Bielawskiego Polski Hydraulik i nowe opowieści ze Szwecji to zbiór pisanych z wielkim znawstwem reportaży poświęconych patologiom degenerującym szwedzkie szkoły, sądy, instytucje opieki społecznej, służbę zdrowia, samorządy a także związki zawodowe i agendy do spraw imigrantów. Autor cierpliwie drąży każdy z podejmowanych tematów. Wnikliwie studiuje dostępne źródła: śledzi zawiłości prawne, uwarunkowania historyczne i polityczne oraz motywacje władz, które swymi decyzjami niejednokrotnie doprowadzały do wypaczenia idei państwa opiekuńczego.
     Dlaczego w imię równego dostępu do świadczeń zwalnia się z pracy opiekunkę, która przy łóżku jednego staruszka ośmieliła się spędzać nieco więcej czasu i okazywać swoim pacjentom odrobinę współczucia zamiast chłodnej i wyrachowanej pomocy przy zmianie pampersa? 
      Co sprawiło, że szwedzkie szkoły w ciągu dwudziestu lat zdołały utracić swój wysoki poziom kształcenia i zamienić się w jedne z najgorszych w Europie? 
       Czemu w przychodniach i szpitalach każda czynność (konsultacja, porada, wypisanie recepty, operacja wyrostka robaczkowego czy podanie tlenu) jest traktowana i wyceniana jak produkt rynkowy? 
     Na czym polega ochrona pracowników sektora budowlanego, jeśli powołane do tego związki zawodowe programowo dyskryminują swoich członków, ze szczególnym uwzględnieniem obcokrajowców z Czech, Polski czy Estonii? 
      Jakie zasady rządzą wymiarem sprawiedliwości, który uznaje winnymi popełnionych przestępstw ludzi psychicznie chorych lub dotkniętych wrodzonymi wadami mózgu, by potem niezwłocznie uznać ich niepoczytalność i skierować do odbycia kary w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym? 
     Z jakiego powodu tak ogromne rzesze Szwedów przebywają na przewlekłych zwolnieniach lekarskich? I jaki ma to związek z mobbingiem w miejscu pracy? 
     Odpowiedzi na te i inne postawione w książce pytania stanowią ponurą diagnozę szwedzkiej rzeczywistości. Zaremba-Bielawski demaskuje także wstydliwe, głęboko skrywane uprzedzenia i stereotypy, które mają jednak zasadniczy wpływ na kształtowanie się tamtejszej kultury prawnej i klimatu społecznego przyzwolenia na sankcjonowanie nierówności, rozdymanie struktur administracyjnych, wybiórcze stosowanie procedur i brak przejrzystości w funkcjonowaniu instytucji państwa. 
     „Jak to możliwe w tak uporządkowanym i przewidującym kraju jak Szwecja? Obawiam się, że na to pytanie nie ma prostej odpowiedzi. Wystarczająco trudno jest zrozumieć każdy błąd z osobna” - pisze Bielawski.

piątek, 16 września 2011

Moje fałszywe proroctwa

Wbrew przerażającym, apokaliptycznym zapowiedziom (http://www.tvn24.pl/-1,1707544,0,1,duzy-format-zniknie-z-gw,wiadomosc.html) i temu, co pisałem (http://pamietnikzksiazek.blogspot.com/2011_06_01_archive.html), „Duży Format” nie zniknął z łamów Gazety Wyborczej. Nie zniknął też, choć na to wyglądało, magazyn „Książki”, którego premiera miała miejsce w połowie czerwca. Mimo że długo trzeba było czekać na kolejny numer, który dopiero od kilku dni jest w sprzedaży, czytelnicy mogą być spokojni: periodyk będzie się ukazywał co kwartał. Szkoda, że Agora nie zdecydowała się na nieco większą częstotliwość wydań, ale jestem to w stanie wybaczyć, jeśli tylko „Książki” utrzymają dotychczasowy poziom.

środa, 29 czerwca 2011

Koniec „Dużego Formatu”!

Gazeta Wyborcza wycofuje czwartkowy dodatek reporterski „Duży Format”. Dotychczasowi publicyści DF mają w części zasilić sobotni dodatek Gazety – „Wysokie Obcasy”; natomiast Mariusz Szczygieł, Juliusz Kurkiewicz i Paweł Goźliński (w roli naczelnego) są już zaangażowani w nowy periodyk Agory – miesięcznik „Książki”, którego pierwszy numer trzymam właśnie w ręku.
Cieszy mnie świetnie zapowiadający się tytuł; cieszy też obiecujący zespół redakcyjny, ale mam nieodparte wrażenie, że ta zamiana nie przyniesie Gazecie spodziewanego sukcesu komercyjnego (wzmocnienie sobotniej sprzedaży, pozyskanie szerszego grona czytelników), a nam – czytelnikom z pewnością odbierze cotygodniową przyjemność obcowania z jedynym poważnym magazynem reporterskim, skazując na długie, bo całomiesięczne wyczekiwanie kolejnego numeru „Książek”.
Ot, i cała smutna prawda o dyktaturze słupków sprzedaży…

P.S. W nowych „Książkach” polecam zabawny tekst Janusza Rudnickiego „Palę lektury!”

piątek, 17 czerwca 2011

Czytanie szkodzi zdrowiu

W najnowszym numerze Dużego Formatu (z 16.06.2011) wywiad z Tadeuszem Konwickim, a w wywiadzie takie oto myśli złote:

„I [...] człowiek był jakby zatruty tą literaturą, jakby uwarunkowany przez nią. [...]
Ja myślę, że wiele zachowań moich wynikało z lektur. Nie twierdzę, że świadomie. Podświadomie. Cała nasza, tego pokolenia, romantyzmu choroba, no, brała się z lektur, byliśmy uwrażliwieni. Nie wiem, no, nie przesadzam, chyba nie przesadzam, i nie wiem, czy to dobrze brzmi, ale rzeczywiście strasznie byliśmy nafaszerowani tą literaturą. [...]
Ja tu się przypadkowo przez pana trochę oskarżam, bo to nieprzyjemnie być przygłupem sterroryzowanym przez lektury. Trzeba było samemu, energicznie iść przez życie, niczemu się nie poddawać! A tu człowiek zatruty, zatruty tymi tonami książek, które połknął.
Przy czym jest zabawne, że czytanie było karygodne w takim tradycyjnym starym wileńskim domu. No bo strata czasu. Zamiast pracować, coś robić, to siedzi i czyta. Nie dość, demoralizujące na ogół książki – bo jak pan wie, wtedy ta cenzura społeczna była tysiąckroć bardziej surowa niż dzisiaj. Każda książka, która poddawała odrobinę zastały świat wątpliwościom, była niedopuszczalna. [...]
Lepiej za dużo nie wiedzieć. Za duża wiedza prowadzi do różnych dewiacji. [...]
Teraz ktoś taki jak ja, biedny: naczytałem się tych książek... 100 miliardów wszechświatów, a w naszym wszechświecie 100 miliardów galaktyk. Co mnie to daje? Że mi się wszystkiego odechciewa.”

Jak będę stary i do cna zatruty, to też się będę tak egzaltował. Albo rzeczywiście zrozumiem, że na to czytanie masę czasu straciłem i zajmę się jakąś pożyteczną robotą... Na przykład: pisaniem bajek dla dzieci, żeby się już za młodu miały czym truć!

wtorek, 31 maja 2011

Najbardziej dyskutowana książka roku?

Trzymam właśnie w rękach wspominaną już przeze mnie książkę Macieja Zaremby Higieniści. Z dziejów eugeniki – ponadczterystustronicowy raport o sankcjonowanych prawem (sic!) haniebnych praktykach, prowadzonych w imię „czystości rasy” w wielu krajach Europy (Szwajcarii, Danii, Niemczech, Norwegii, Szwecji, Finlandii, Łotwie, Estonii, Islandii), a także w Meksyku, Japonii oraz niektórych stanach USA i Kanady.
To książka przytłaczająca. Przypomina nieco książki innego skandynawskiego pisarza, Svena Linqvista: Terra nullius i Wytępić całe to bydło, obnażające bezwzględność białego człowieka wobec „dzikusów” żyjących w Australii i Afryce. Głosicielom eugeniki jako regulacji narodzin osób „niepełnowartościowych” towarzyszy ta sama pogarda wobec współobywateli, która wypełniała serca kolonizatorów. Zarówno masowe mordowanie bezbronnych tubylców, jak i przymusowe sterylizacje poślednich członków społeczeństwa, mające swe źródło w ludzkiej niepohamowanej pysze, znalazły legitymizację w teorii ewolucji i doboru naturalnego Darwina (a właściwie w jej popularnej, zwulgaryzowanej wersji) oraz w poglądach głoszonych przez Francisa Galtona – twórcy pojęć ‘eugenika’ i ‘biometria’.
Jednak nie zawsze, wprowadzając do prawa zapisy umożliwiające legalne dokonywanie operacji pozbawienia płodności, powoływano się na wzniosłe naukowe teorie i badania. Jednym z najbardziej wstrząsających przykładów jest, cytowane przez Zarembę, uzasadnienie wyroku amerykańskiego Sądu Najwyższego, autorstwa sędziego Holmesa:

„Nieraz widzieliśmy, że dobro powszechne wymagać może od najlepszych obywateli ofiary z życia. Dziwne by było, gdyby nie mogło mniejszej ofiary wymagać od tych, którzy już osłabiają siłę państwa […]. Zasada, na mocy której dopuszcza się przymusowe szczepienia, jest wystarczająco szeroka, by objąć również przecięcie jajników. Trzy pokolenia imbecyli wystarczą.”

Juliusz Kurkiewicz w ostatnim numerze Dużego Formatu (26 V 2011) napisał:

„Nie zdziwię się, jeśli Higieniści staną się jedną z najbardziej dyskutowanych książek roku”.