Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szabłowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szabłowski. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 grudnia 2016

Wołyń

Witold Szabłowski upomina się o naszą pamięć, ale nie tę, która każe nam wciąż przypominać, krzyczeć o własnych klęskach i krzywdach, i przymierzać do swoich ran straszne słowa: zbrodnia wojenna, bestialstwo, ludobójstwo… Owszem, trzeba świadczyć prawdzie, mieć szacunek dla walczących i poległych, skrzywdzonych i pomordowanych. Lecz w tym szacunku mieścić się też powinna pamięć o tych, którzy nam pomagali, próbowali ocalić naszych rodaków, dając jedzenie, schronienie; dając życie.

W trakcie lektury tych poruszających opowieści o wołyńskiej apokalipsie, uderzył nie fakt, że Kresowa Księga Sprawiedliwych (tom dotyczący Ukraińców ratujących Polaków w trakcie eksterminacji przez oddziału OUN i UPA) została przez IPN wydana dopiero w 2007 roku.

Lektura Sprawiedliwych zdrajców jest w moim przekonaniu choć minimalnym aktem pamięci, aktem przyzwoitości wobec naszych sąsiadów z Wołynia. Wnikliwa i żmudna praca Szabłowskiego nie pójdzie na marne, jeśli z uwagą i empatią wysłuchamy jego rozmówców.

Z rozmowy z Ukrainką Ireną, dziś pracującą w Polsce jako pomoc domowa, której dziadek ratował Polaków podczas rzezi wołyńskiej:

     „Nagle się okazało, że starszą panią też uratowali Ukraińcy! Że ktoś ją trzymał na strychu, potem jakaś inna rodzina przejęła. Że dwa albo trzy miesiące jacyś nieznani jej ludzie ryzykowali życiem. I ona tego w ogóle nie chciała pamiętać! Zapamiętała tylko morderców. Tych dobrych wyrzuciła z głowy.
     I znów: czy ja, Ukraina od sprzątania, mam jej tłumaczyć, że tych ludzi należało odszukać? Albo chociaż im list wysłać? Że oni może, jak mój dziadek, całe życie czekali na znak?".

Witold Szabłowski w rozmowie z panią Szurą:

     „Nas w naszej historii tylko mordowali, nie ma miejsca na takich, co próbowali ratować, ani na takich, którzy się modlą […]. 

     Nie dajemy swoim sprawiedliwym medali, nie sadzimy im drzewek. […] Szczerze mówiąc, to w ogóle o nich nie pamiętamy”.

Książkę otrzymałem dzięki uprzejmości Księgarni Matras.

środa, 16 lipca 2014

Tańczący z niedźwiedziami

Niegdyś, za starych dobrych i słusznie minionych czasów, z lekkim uśmieszkiem pokpiwano ze Związku Radzieckiego, opowiadając legendę o niedźwiedziach przechadzających się moskiewskimi ulicami. Historyjka ta miała zresztą swoje lokalne odmiany, tyczące się także krajów tzw. bloku wschodniego, zwanych pieszczotliwie „demoludami”. Dla mieszkańców „zgniłego Zachodu”, byliśmy wówczas odległą planetą – dziką, egzotyczną i nieatrakcyjną, odgrodzoną szczelnie „żelazną kurtyną”. 

Opowiastka o niedźwiedziach nie miała oczywiście nic wspólnego z prawdą. Albo prawie nic… W niektórych miastach Bułgarii, Rumunii czy Ukrainy, a czasem także Polski i oczywiście ZSRR, pojawiali się niekiedy cygańscy niedźwiednicy, pokazujący gawiedzi tresowane misie; wykonujące cyrkowe sztuczki, kołyszące się na tylnych łapach w rytm wygrywanych melodii.

Witold Szabłowski w swojej najnowszej książce opisuje drogę do wolności bułgarskich niedźwiedzi, które dzięki unijnym przepisom i niezwykle sprawnym działaniom pewnej fundacji zostały odebrane Cyganom i umieszczone w specjalnie stworzonym rezerwacie. Autor rozmawia zarówno z ekologami walczącymi o prawa zwierząt, jak i samymi niedźwiednikami, którzy muszą pożegnać się ze swymi „podopiecznymi”, tracąc jednocześnie źródło zarobku, będące niejednokrotnie podstawą ich egzystencji. Naświetla wszelkie aspekty przeprowadzanej akcji, odsłaniając ambiwalentność tych działań, a przede wszystkim pozorną wolność, jaką zapewniono niedźwiedziom wyrwanym ze środowiska, do którego przywykły, mimo bólu i cierpienia zadawanego im przez właścicieli.

Sytuacja bułgarskich niedźwiedzi posłużyła Szabłowskiemu jako poręczna metafora naszej postkomunistycznej rzeczywistości, która w pewnych aspektach do złudzenia przypomina zafundowane zwierzętom przyspieszone korepetycje z niełatwej wolności. Reporter zagląda w różne okolice odzyskanej Europy (Ukraina, Polska, Bułgaria, Albania, Estonia, Grecja), nie zapominając też o innych spadkobiercach Kraju Rad, jak Kuba czy wreszcie obecna Federacja Rosyjska. Wszędzie znajduje zdarzenia, zachowania, praktyki i problemy zaskakująco zbieżne z tymi, które wcześniej zaobserwował w Parku Tańczących Niedźwiedzi.

      „Niestety, nasze niedźwiedzie mają nie tylko zapach, ale i mentalność niewolników. Dwadzieścia, trzydzieści lat były przyzwyczajone, że ktoś za nie myśli, zapewnia im zajęcie, mówi, co mają robić, co będą jeść i gdzie spać. To nie było idealne życie dla niedźwiedzia, ale innego nie znały.”

        „Pierwsza i najważniejsza rzecz, której niedźwiedzie muszą się nauczyć na wolności, to że ma ona swoje granice.
       Granicą jest w ich wypadku elektryczny płot pod napięciem, rozciągnięty wokół całego parku. Musi tu stać, żeby niedźwiedzie nie uciekły z parku do świata, w którym nie umieją żyć. W rezerwacie mogą więc wszystko – mogą iść, gdzie chcą, jeść, co chcą, mogą spać, mogą się bawić, mogą uprawiać seks.
         Byle nie dotykały płotu."

niedziela, 27 stycznia 2013

Mężczyzną być…

Właśnie czytam bardzo dobrą książkę Izabeli Meyzy i Witolda Szabłowskiego, którzy by przekonać się jak żyli ich rodzice, postanowili na kilka miesięcy przenieść się w lata osiemdziesiąte. W tym celu wynajęli mieszkanie w bloku z wielkiej płyty, zaopatrzyli w odpowiednie ubrania, sprzęty i porzuciwszy dobrodziejstwa kapitalizmu (począwszy od Internetu i dzisiejszych cudów techniki, a skończywszy na dezodorancie i podpaskach…) rozpoczęli swoją przygodę, której owocem jest książka Nasz mały PRL. Pół roku w M3 z trwałą, wąsami i maluchem
Prócz wielu zabawnych sytuacji, trafiłem w niej również na przekorny, choć z drugiej strony – jakże trafny, fragment o dzisiejszych rozterkach wieku męskiego: 

       „Dziś mężczyzna nie może już być mężczyzną. Ma sprzątać, prać, gotować, ładnie się ubierać, nie bić, przytulic, pomóc urodzić dziecko, zrobić sobie trwałą jak Piotr Rubik, ale jednocześnie – zarobić na rodzinę, mieć umięśnione ramię, podejmować szybkie decyzje, ważyć słowa. Innymi słowy: ma być jak góralski domek zabawka, z którego zależnie od pogody raz wychodzi baba, a raz chłop. Jednego dnia ma być mężczyzną, drugiego kobietą, trzeciego – Piotrem Rubikiem właśnie. I jeszcze sam ma wyczuć, który dziś jest dzień.”