czwartek, 19 września 2013

Memento Mrożek

     Do niedawna nie wiedziałem o tych literackich miniaturkach ostatniego z polskich wieszczów. Wielkiego odkrycia dokonałem dzięki Tygodnikowi Powszechnemu, który w jednym z sierpniowych numerów, niebanalnie żegnał zmarłego pisarza i zamieścił kilka mini-opowiadań.
     Najbardziej spodobało mi się to:

Mini-opowiadanie: Partner

     Postanowiłem sprzedać moją duszę diabłu. Dusza to najcenniejsze, co posiada człowiek, spodziewałem się więc, że zrobię kolosalny interes. 
     Diabeł, który stawił się na spotkanie, rozczarował mnie. Kopyta z plastiku, ogon urwany i podwiązany sznurkiem, futerko wyszarzałe i jakby wyjedzone przez mole, różki malutkie, niedorozwinięte. Ile może dać taki bidok za moją nieocenioną duszę?
— Czy pan na pewno jest diabłem? — zapytałem.
— Tak, dlaczego pan wątpi?
— Spodziewałem się Księcia Ciemności, a pan jest jakiś taki... Tandetny, powiedziałbym.
— Jaka dusza, taki diabeł — odpowiedział. — Przystąpmy do interesu.

Sławomir Mrożek

Więcej mini-opowiadań znaleźć można tutaj.

środa, 11 września 2013

Oferta współpracy

Ponieważ aktualnie nie jestem związany z żadnym wydawnictwem czy księgarnią, z chęcią przyjmę propozycje partnerskiej współpracy. Ze swojej strony mogę zaproponować reklamę na niniejszym blogu, pisanie recenzji i tekstów do wykorzystania na stronach internetowych lub w publikacjach partnera, zamieszczanie tekstów na temat podarowanych mi (lub udostępnionych w wersji elektronicznej) książek. 

Zainteresowane wydawnictwa i księgarnie proszę o kontakt mailowy: flotemen@gmail.com

czwartek, 29 sierpnia 2013

Dzieci wojny

    To chyba najsmutniejsza książka, jaką kiedykolwiek czytałem. Białoruskie dzieci, które w czerwcu 1941 roku, miesiącu niemieckiej agresji na ZSRR, miały od dwóch do dwunastu lat dzielą się z autorką – Swietłaną Alesijewicz – wspomnieniami wojny. W tym wielogłosowym świadectwie głodu, strachu i śmierci nieustannie słychać krzyk najmłodszych ofiar – bezbronnych dzieci, którym kazano uciekać z płonących domów i patrzeć na agonię matek, braci, ojców; dzieci – których rówieśnicy marli z wycieńczenia po codziennym upuszczaniu krwi, pobieranej w hitlerowskich „domach dziecka”, by służyła ratowaniu rannych żołnierzy III Rzeszy. Dzieci, które wbrew wszystkiemu, dzięki przypadkowi, Opatrzności, a także ofiarności często zupełnie obcych ludzi, przeżyły największy kataklizm XX wieku.

   Takie książki czyta się z ogromnym trudem, ale czytać je trzeba. Przez wzgląd na cześć i pamięć ofiar oraz nieustanną potrzebę przywracania naszej świadomości prawdy o wojnie – najstraszniejszej zdobyczy kultury i cywilizacji europejskiej. 

   Książka Świetłany Aleksijewicz Ostatni świadkowie. Utwory solowe na głos dziecięcy jest znakomitym uzupełnieniem wojennych wspomnień kobiet – żołnierek Armii Czerwonej – zebranych w tomie Wojna nie ma w sobie nic z kobiety tej samej autorki.

piątek, 9 sierpnia 2013

Jak być jurorem?

    Na festiwalach teatralnych czuję się jak w domu. Niezwykle sobie cenię atmosferę twórczej rywalizacji, spotkań z drogimi kolegami i koleżankami, którzy mają tego samego hopla, co ja; nocne rozmowy… Bywam na takich konkursach od lat, najczęściej w roli uczestnika – aktora, ale czasem także jako juror. Widziałem dziesiątki przedstawień, słuchałem wielu omówień, brałem udział w pospektaklowych rozmowach, awanturach i kłótniach… Często oceniający sceniczne zmagania snują dziwaczne teorie, przykładają to, co widzieli do uprzednio obmyślonej sztancy, zakładającej, że teatr amatorski musi spełniać określoną misję, posługiwać się takimi a nie innymi środkami, hołubić lub kompletnie odrzucać literaturę… Zdarza się, że wypowiedzi jurorów są jeszcze jednym występem, erupcją tłamszonego talentu, oracją tyleż bogatą, co głupią i żenującą.
     Na szczęście są też mistrzowie, znakomici znawcy teatru, którzy stawiając nam wysoką poprzeczkę, jednocześnie potrafią rozmawiać o naszych spektaklach bez kompleksów i uprzedzeń. Do takich wspaniałych jurorów należą z pewnością: Jan Nowicki, Wojciech Pszoniak, Jarosław Kilian, Łukasz Drewniak, Lech Śliwonik, Adam Woronowicz, Adam Biedrzycki, Henryk Izydor Rogacki – by ograniczyć się tylko do kilku mężczyzn. Wiem dobrze, że nie będą nas głaskali po głowach, ale też nie skrzywdzą, nie oleją, ani nie będą starali się nas na siłę wpychać w jakieś ramy. Takich partnerów do rozmowy o naszych teatralnych sukcesach i klęskach życzyłbym sobie na każdym z festiwali. 
     A wszystkich, którzy podejmują się wydawania werdyktów i sądów o teatrze odsyłam do trzech kryteriów jurora – „oceniacza przedstawienia”, jakie sformułował na własny użytek Krzysztof Globisz. Pierwsze dwa mogą się wydać oczywiste, trzecie – podoba mi się najbardziej:

Pierwsze kryterium – prawdy
To informacja, która, gdy nie zachwaszczona popisami aktora, dociera do mnie i rani bezpośrednio – rozmawia ze mną – o mnie.

Drugie kryterium – teatralne
Teatr jest sztuką, gdy reżyser wie, jak zorganizować wejścia i zejścia – to znaczy wie, gdzie aktor zszedł i dokąd poszedł, i to właśnie tam, gdzie teraz jest – jest ważniejsze od tego momentu, kiedy jest na scenie.

Trzecie kryterium – kretyna
Moje serce lokuje się tam, gdzie chce, czasem bez mojego mózgowego przyzwolenia”.

Cytat z książki Olgi Katafiasz: Krzysztof Globisz. Notatki o skubaniu roli.

niedziela, 21 lipca 2013

Brodząc w rzece pamięci

     Dziennik z wakacyjnej podróży, osobisty reportaż z nostalgicznej wyprawy w rodzinne strony, zapis peregrynacji po kraju dzieciństwa, ale także ćwiczenia pamięci, alegoryczna wędrówka krętym szlakiem życia wzdłuż wartkiego nurtu czasu… 
     Tak właśnie, w wielkim skrócie, przedstawiłbym piękną, melancholijną, lecz nie pozbawioną ciepłego humoru powieść Julio Llamazaresa Rzeka zapomnienia; znakomicie nadającą się do czytania zwłaszcza w trakcie letniego urlopu.


     „Jednak na trasie do La Mata wędrowiec musi jeszcze zaliczyć Valdepiélago. Przechodzi przez wieś pospiesznie – wiedząc, że jutro będzie musiał tu wrócić w drodze do Aviados – przystaje tylko chwilę na moście, by popatrzeć na pstrągi. Tak jak w dzieciństwie, gdy przychodził tu z La Mata kąpać się w rzece. Oparty o balustradę mostu, zawieszony nad pustką, wspomina tamte dni. I wspomina Dominga, parobka kumy Aurelii – biednego analfabetę (matka podrzuciła go podobno w przytułku i przepadła bez wieści), który budził podziw okolicznej dzieciarni, bo nie dość że palił, to jeszcze jedyny w La Mata i Valdepiélago nie bał się skakać z mostu na główkę. Biedny Domingo. Co się z nim stało? Z jakiego mostu życia teraz skacze? A może porwała go już rzeka zapomnienia… […] 
     Nad drogą przez Carvajal zapada powoli noc i choć wędrowiec rozpoznaje każdy zakręt i każdy pagórek, nie może pozbyć się wrażenia, że wraca do La Mata jako ktoś obcy. Może dlatego, że zawsze, gdziekolwiek zawita czuje się obcy. A może dlatego, że w krainie dzieciństwa wszyscy jesteśmy cudzoziemcami.”

      Mojej miłej koleżance, która pożyczyła mi tę książkę (i tym samym poznała mnie z nowym autorem) ślę stukrotne dzięki…

środa, 10 lipca 2013

„M” jak Myśliwski

     Gorąco polecam znakomity tekst Słowa jak okna autorstwa Wiesława Myśliwskiego, który ukazał się w dzisiejszym „Tygodniku Powszechnym” – nr 28 (3340). Poniżej daję błyskotliwą próbkę:

     „Jeśli więc literaturę rozumieć jako sztukę słowa, to można odnieść wrażenie, że mało co jest literaturą. Ale mam nadzieję, a nawet jestem pewny, że to wrażenie jest tylko skutkiem zwiększającej się w zatrważający sposób dysproporcji między literaturą-sztuką a przemysłową megaprodukcją wytworów literaturopodobnych, ucharakteryzowanych często nie do poznania na literaturę, która zalewa rynek, massmedia i licytuje się w różnych rankingach, nie bez pomocy zachwalaczy mieniących się niekiedy krytykami. W takim obrazie literatura wydaje się nieobecna. Na szczęście jest obecna i będzie zawsze obecna, ponieważ rodzi się z naturalnej potrzeby człowieka, który musi się opowiedzieć, żeby być.”

niedziela, 7 lipca 2013

Seppuku

     Kto lubi kryminały Borisa Akunina, kto ceni tego autora, ma o nim dobre zdanie i chce go takim zapamiętać, niech pod żadnym pozorem nie bierze do ręki najnowszej powieści – Pory roku. Mam wrażenie, że Grigorij Czchartiszwili, piszący tym razem jako Anna Borisowa, chcąc spróbować swoich sił w nowej formule literackiej, popełnił widowiskowe seppuku (jak na japonistę przystało). W założeniu miała to być chyba obyczajówka dla szerokiego odbiorcy z inteligentnym „życiowym” przesłaniem. Wyszła z tego jednak powieść dla kucharek z pretensjami. Domorosła filozofia wpleciona w wielowątkową akcję z elementami powieści przygodowej, podlana miłosnym sosem. Banał goni banał, a niemal każdy podejmowany problem znajduje rychłe i nader oczywiste rozwiązanie. Przeczytałem tę książkę do końca tylko po to, by przekonać się, że finał jest równie przewidywalny. 
     Ponadto, polska edycja skrzy się niesłychaną liczbą językowych kulfonów; zdań tak stylistycznie okropnych, że śmiem wątpić w dobre intencje tłumaczki. Jeden z bohaterów ma w swoim Maybachu wszystko „łącznie z łącznością”, ukochany nie zwraca uwagi na „tak zwane wdzięki” wzdychającej do niego bohaterki, a „partnerzy uważają go za [pożądanego i słownego] partnera”. 
     Żałość, żałość, żałość…