poniedziałek, 8 grudnia 2014

"Czarne sezony"

Pisałem tu już niegdyś o autobiograficznej książce Michała Głowińskiego. Miałem wówczas za sobą lekturę Kręgów obcości, które zrobiły na mnie duże wrażenie i do których dziś z chęcią powracam w myślach i rozmowach.

Jednak zanim ukazała się ta commingoutowa, poważna i wzruszająca książka, Głowińskiemu nie obce były inne literackie próby autobiograficzne. Wiele lat wcześniej ukazał się zbiór opowiadań Czarne sezony, będący świadectwem czasów okupacji i Holokaustu.

Przyobleczone w epicką formę krótkich opowiadań wspomnienia, spisywane pod dyktando dziecięcej pamięci, wydobywanych z przeszłości obrazów getta; miejsc, w których autor, wówczas kilkulatek, musiał się ukrywać…

Jednym z takich miejsc był sierociniec prowadzony przez siostry zakonne, które z oddaniem ratowały także dzieci żydowskie, włączając je w codzienne praktyki religijne, ucząc katechizmu i wszystkiego, co niezbędne, by nie wyróżniały się spośród katolickiej wspólnoty. Miało to oczywiście swój walor konspiracyjny – zarówno wobec Niemców, jak i wobec pozostałych dzieci; miało też wymiar katechetyczny, rozumiany jako kształtowanie rzeczywistej, aktywnej postawy wiary.

To doświadczenie, jak i inne przeżycia dzieciństwa zagrabionego przez wojnę, zaważyło w sposób fundamentalny na kształtującej się osobowości Głowińskiego, kreśląc jeden z pierwszych, boleśnie odczuwalnych, kręgów obcości.

         „Ocaleliśmy, ocaleli moi rodzice, ocalałem ja. Właściwie nie rozumiem, jak to się stało, nie pojmuję, jakim sposobem przypadek akurat dla nas okazał się przychylny. Dziwię się, dziwię się wszystkiemu. Dziwię się, że żyję… Ale żyję, jestem, istnieję… I pamiętam!”

Książkę otrzymałem dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego i księgarni internetowej Publio.pl.

czwartek, 4 grudnia 2014

Koszmar teatralny

W ostatnim z felietonów z cyklu "Zrzędność i przekora", Janusz Majcherek - krytyk teatralny, znany mi również jako juror wielu festiwali i konkursów, zwierzył się:

"[...] od czasu do czasu śni mi się taki sen: dowiaduję się w ostatniej chwili, że mam zagrać dużą rolę w jakimś przedstawieniu – coś w rodzaju Hamleta albo Gustawa-Konrada; publiczność już czeka, kurtyna zaraz pójdzie w górę, ja stoję w kulisie, stremowany, ale i podniecony, aż nagle uświadamiam sobie, że przecież nie umiem tekstu. I, rzecz jasna, wpadam w panikę. Jest to koszmar senny chyba jeszcze bardziej dręczący niż ten, w którym, będąc już dorosłym człowiekiem, mam przystąpić do matury z przedmiotu typu chemia czy fizyka, mimo że nic, ale to nic nie pamiętam".

I zwierzeniem swym trafił w sedno. Otóż teatr, w którym amatorsko występuję już od ponad siedemnastu lat, śni mi się wyłącznie w ten sposób. To zmora, której nijak pozbyć się nie mogę. Koszmary teatralne, śnione zresztą w różnych wariantach, nieodmiennie sprowadzają się do tego samego: zostaję na scenie sam, bo koledzy czmychają w kulisy, nie wiem, co gram, ale próbuję jakoś ratować sytuację; nic to jednak nie daje - publiczność zaczyna głośno rozmawiać, komentować klapę, aż w końcu ostentacyjnie wychodzi. Kurtyna, jak na złość, nie chce opaść, by miłosiernie zakończyć moją tragedię - tym razem również osobistą.

W realu nie mam tego typu problemów. Nie miewam tremy przed występami (jedyną przedspektaklową reakcją mojego organizmu jest trudna czasem do opanowania senność), w sytuacjach podbramkowych zazwyczaj potrafię zachować zimną krew i ratować, choćby improwizując, niefortunną wpadkę. Z Kompanią Teatralną Mamro, z którą w mijającym roku obchodzimy dziesięciolecie wspólnej pracy, zdobyłem worek prestiżowych nagród. Grając przede wszystkim repertuar komediowy, mam często wielką frajdę z zabawy z publicznością, która zazwyczaj żywo reaguje na to, co dzieje się na scenie, dodając nam - aktorom - skrzydeł. Te piękne chwile nie chcą się jednak przyśnić.

Z drugiej strony, może to i dobrze? Gdyby miało być na odwrót - byłbym w większych opałach. Frustracji związanej z niepowodzeniem na teatralnych deskach, dopełniałby powracający koszmar o niedoścignionych sukcesach...

Pełny tekst Janusza Majchreka znaleźć można tutaj.

niedziela, 30 listopada 2014

Obraz z Leninem

Jej książki są zawsze dziełem zbiorowym. Ułożonym z pieczołowicie gromadzonych opowieści, wspomnień, świadectw, indywidualnych historii, które razem tworzą niezwykle poruszającą, wielogłosową narrację o losie obywateli byłego Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich.

Najnowsza książka Swietłany Aleksijewicz Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka została zbudowana na tej samej zasadzie. Białoruska reporterka pozwala mówić swoim bohaterom: Rosjanom, Ukraińcom, Turkmenom, Kazachom, Ormianom; przedstawicielom wielu narodowości, które niegdyś związane były wspólną ojczyzną. Własny komentarz ogranicza do minimum, starając się oddać zasłyszane i zarejestrowane wyznania bez zniekształceń, zakłóceń… Jakby nie chciała przeszkadzać w lekturze tego, co najistotniejsze – relacji z czasów przełomu, pierestrojki i definitywnego upadku komunistycznego kolosa.

Czy jednak ów przełom dokonał się tak, jak chcieli jego twórcy? Jakie są koszty transformacji? I czy dzisiejsza Rosja może być dumna ze zdobyczy ostatnich lat? Te pytania nie znajdują dobrych odpowiedzi… Szczególnie w świetle obecnych poczynań Putina; jego haniebnej ingerencji na Ukrainie, u której źródeł kryją się resentymenty i nieujarzmiona, choć bezpowrotnie utracona wielkomocarstwowość.

Ze wstępu:

      „Żegnamy się z epoką radziecką. Z naszym ówczesnym życiem. A ja staram się uczciwie wysłuchać wszystkich uczestników socjalistycznego dramatu…
  Komunizm miał szalony plan – zmienić starego człowieka, starotestamentowego Adama. I to się udało… Może ta jedna jedyna rzecz mu się udała. Przez siedemdziesiąt z górą lat w laboratorium marksizmu-leninizmu wyhodowano odrębny gatunek – homo sovieticus. Jedni uważają go za postać tragiczną, inni u nas mówią o nim pogardliwie „sowek”. Wydaje mi się, że znam tego człowieka, że jest mi bliski, że jestem jego sąsiadką, przeżyłam wiele lat tuż koło niego. Ten człowiek to ja. A także moi znajomi, przyjaciele, rodzice.”

Książkę otrzymałem dzięki uprzejmości księgarni internetowej Publio.pl.

niedziela, 2 listopada 2014

Aktorzyca

Danuta Stenka nie będzie głosem drugiej linii metra. Biję się w piersi, bo nie głosowałem, choć miałem nadzieję, że to ona wygra plebiscyt… Niestety, potwierdza się moja obserwacja, że nasz podziw częściej budzą dojrzali aktorzy, niż ich partnerki. No właśnie – partnerki; zawsze u boku Rolanda, Hamleta, dwa kroki za Królem Learem, Jamesem Bondem czy innym Tarzanem.

W tym zawodzie to mężczyźni starzeją się jak wino – czym starsi, tym lepsi. To im przypisujemy kunszt, ich nazywamy mistrzami, oni u kresu kariery grywają Ryszarda III, Prospera, Feuerbacha… Kobiety na scenie, a tym bardziej w kinie interesują nas jako młode i kuszące boginie, którymi starają się być jak najdłużej, bo i widzowie takimi chcą je pamiętać, wbrew upływowi czasu, a często wbrew ich aspiracjom i aktorskim umiejętnościom. W równym rzędzie stają Nicholson, Hopkins, Brando, a u nas Zapasiewicz, Łomnicki, Gajos. Z rzadka w gronie aktorskich tuzów pojawi się Meryl Streep czy Teresa Budzisz-Krzyżanowska. Lecz zawsze wydaje mi się, że kobiety są tu jakby schodek niżej.

Należne miejsce wśród najlepszych polskich aktorów oddaje Danucie Stence Łukasz Maciejewski – autor wywiadu rzeki Flirtując z życiem. Ta rozmowa odkrywa przed czytelnikiem, jak wielkim wyzwaniem jest praca na scenie, jak trudno wykonywać zawód, wymagający codziennego przystępowania do egzaminu z umiejętności aktorskich i poskramiania własnych emocji; z ukazywania prawdy za pomocą kłamstwa. Kłamstwa, które dzięki kunsztowi artysty staje się szlachetne, piękne, magiczne…

Z książki:

       „Pamiętam jeszcze jedną historię, moje pierwsze spotkanie z teatrem. Mama zabrała mnie, wówczas przedszkolaka, do Teatru Wybrzeże w Gdańsku. Nie miałam pojęcia, co to było za miejsce, w którym się znaleźliśmy. Nagle przed nami zapaliło się światło i moim oczom ukazała się staroświecka kanapa, na której siedzieli prawdziwa księżniczka i prawdziwy książę, oboje w przepięknych strojach. Myślałam: Boże, jak oni się uchowali, gdzie się przez tyle lat ukrywali, bo przecież na świecie nie już takich księżniczek i książąt! To było dla mnie coś niezwykłego. Magia. Kiedy jest się  dzieckiem, wszystko jest możliwe.”

Książkę zawdzięczam mojej żonie i przecenie w jednej z ostrołęckich księgarń.

poniedziałek, 27 października 2014

Podróże kształcą!

Na okładce książki Tomka Michniewicza Swoją drogą. Opowieść o trzech podróżach po inne życie do lektury zachęca taki passus: 

       „Wyprawy na drugi koniec świata zmuszą całą trójkę [osób zabranych tam przez autora – przypis T. Mit.] do konfrontacji z własnymi lękami, złudzeniami i szansami, które zmarnowali. Kim będą po zakończeniu podróży? Wrócą do starego życia czy pójdą inną drogą?”

Mam wrażenie, że ten, kto powyższe zdania napisał, nie przeczytał książki. Albo przeczytał ją niechlujnie, po łebkach, byle zaliczyć… Jeśli już mówić tu o kimś, kto podczas tych trzech wypraw musiał dogłębnie skonfrontować się z dookolną rzeczywistością, a także zmierzyć się z własną niedojrzałością i lękami – jest nim sam Tomek Michniewicz.

Autor nie kryje zresztą przed czytelnikiem wagi często cierpkich słów, które pod jego adresem kierują bliscy i dalecy. Zabierając w dalekie strony swego przyjaciela, żonę i ojca, Michniewicz pragnie, by ich pobyt (odpowiednio) w afrykańskiej dżungli, Arabii Saudyjskiej i Nowym Orleanie sprawił, że staną się innymi ludźmi. Wyrwawszy się ze szponów korporacji, zgłębiwszy codzienne życie islamskich kobiet lub spełniając marzenie o pielgrzymce do kolebki bluesa, każdy z podróżnych miał zyskać niezbędny dystans, zobaczyć siebie na nowo, odkryć swoje prawdziwe powołanie… Tomek Michniewicz był przekonany, że sam ma to już dawno za sobą; że dokładnie wie, jak ma wyglądać jego życie: praca, szczęście, relacje z rodziną… Jak bardzo się mylił, przekona się także czytelnik, który zechce wybrać się w te trzy egzotyczne miejsca i przysłuchać się nieco uważniej rozmowom, w których role przewodnika i podążającego za nim turysty-ucznia niepostrzeżenie się wymieniają.

Za pożyczenie książki dziękuję mojemu bratu, który chyba jeszcze nie wie, że mi ją pożyczył.

piątek, 24 października 2014

Himalaje

Książka o niesłychanej amplitudzie temperatur – i tych mierzonych w stopniach Celsjusza, i tych, które oddać można jedynie na skali rozpiętej między miłością a nienawiścią; wiarą a zwątpieniem; między euforią zwycięstwa a dojmującym poczuciem bezradności.

W czerwcu 2013 roku Jacek Hugo-Bader dołączył do wyprawy na Broad Peak, której celem było odnalezienie ciał dwóch himalaistów (Macieja Berbeki i Tomasza Kowalskiego – obaj w marcu 2013 zdobyli szczyt, lecz nie zdołali z niego wrócić). Niezwykła podróż staje się okazją do lepszego poznania twardego świata wysokogórskiej wspinaczki. Reporter, towarzysząc alpinistom, miał okazję przekonać się, jak wygląda ich świat, ich życie; czym okupione są tryumfy i jak wielkie niebezpieczeństwo grozi każdemu, kto wbrew nieludzkim warunkom klimatycznym, wbrew jakiejkolwiek logice, kładzie na szali własne życie, by wejść na szczyt.

Najbardziej poruszyły mnie jednak nie tyle kwestie przekraczania linii śmierci, zmagania z zabójczą na pewnej wysokości przyrodą, ale dramatyczne relacje z wyprawy, którą przypłacili życiem dwaj młodzi Polacy, a także wypowiedzi dotyczące innych tragicznych wypadków, których ofiarami byli najwięksi alpiniści świata… Łatwość ferowania wyroków wobec innych i równie łatwe usprawiedliwienia własnych zachowań, egoizm i zawiść, braterstwo liny i towarzyszące mu deklaracje, że powyżej 7000 metrów zwykła „ziemska” etyka nie obowiązuje. Wyścig. Ucieczka w góry – od szarego życia, od nudy, ale też od zobowiązań, problemów i rodzin. Piekło w temperaturze poniżej -30°C.

Zamiast fragmentu książki, cytuję kilka zdań rozmowy Jacka Hugo-Badera z Anetą Żukowską. Pełny tekst wywiadu tutaj.

Moje wrażenie po lekturze Twojej książki jest takie, że jesteś przede wszystkim zdumiony himalaizmem.

Tak, coraz bardziej. Ludźmi i etosem himalajskim. Jestem coraz bardziej krytyczny wobec tego. Uważam, że to są współczesne walki gladiatorów. O tym rozmawiałam też z profesorem Hołówką […]. Walki gladiatorów, a zatem coś niegodnego, niedobrego. Nie powinno się pozwalać na walki gladiatorów.

Nie powinno się pozwalać na walki gladiatorów, czy na to by te walki były oglądane?

I na jedno i na drugie. Nie powinno się robić widowiska z oczywistej śmierci. Ja uważam, że himalaiści jadą po śmierć. Wielu się udaje, ale bardzo wielu się nie udaje. Przecież Aneta, oni giną jak muchy! Gapienie się na to jest niegodne.

Tutaj mogę się zgodzić. Ale są także inne aktywności, powiedzmy sportowe, w których również jest wysokie ryzyko śmierci, np. Formuła Jeden.

Wszędzie się może zdarzyć śmierć, nawet w gimnastyce artystycznej i w skoku o tyczce. Ale w himalaizm akurat jest to wpisane. W Formule Jeden ścigają się samochody, których używamy wszyscy. Gdybyśmy chcieli w ogóle unikać śmierci, nie powinniśmy wychodzić na ulice, to jest niemożliwe. Ale nie można iść w góry i szukać śmierci. Bardzo często właśnie tak to wygląda – na szukanie śmierci. W pewnym momencie przestałem wierzyć w nieszczęśliwe wypadki, to wszystko wygląda mi na szaleńcze samobójstwo. Oczywiście to jest pewna metafora.

Odwołujesz się w książce do psychologii, jak w przypadku pracy Zdzisława Jana Ryna „Zespół astenii wysokogórskiej”. Myślisz, że himalaizm wymaga tego, co kiedyś nazywaliśmy predyspozycją, a dziś nazwalibyśmy skłonnością?

Do podejmowania wielkiego ryzyka. Odwaga jest cnotą, prawda? Ale jak każda cnota, musi mieć swoje skrajne bieguny. Z jednej strony jest tchórzostwo, z drugiej brawura. I obie te skrajności są występkami. Niedopuszczalnymi. Ja myślę, że ktoś kto nie jest brawurowy, nie ma szans w tej dyscyplinie. Idąc zatem tą myślową ścieżką – występek, grzech jest niezbędnym, oczywistym składnikiem tego sportu, tej aktywności. Himalaizmu po prostu.”

poniedziałek, 20 października 2014

Jestem "Wspólnikiem"

Kto jeszcze nie dosyć ma Krzysztofa Vargi, może także sięgnąć po ostatnią powieść tego pisarza. Kilka słów o Trocinach zdążyłem już tutaj zamieścić. Niedawno mój tekst ukazał się w czasopiśmie "Wspólnicy". Numer z recenzją książki można podejrzeć lub pobrać za darmo tutaj.