piątek, 10 kwietnia 2015

Do dna!

Kiedy wspominam klasyczną już dziś „Moskwę – Pietuszki” Jerofiejewa, czy też alkoholową prozę Jerzego Pilcha; kiedy zaglądam do wywiadów ze znanymi aktorami, reżyserami, twórcami, którzy zdobyli się na walkę z chorobą; kiedy czytam na przykład Rehab Wiktora Osiatyńskiego, pozostaję w błogim, choć przecież iluzorycznym, przekonaniu, że alkoholizm jest problemem innego pokolenia, że w większości dotyka ludzi ode mnie starszych.

Z letargu budzi mnie jednak trzeźwe spojrzenie wokół. Może wśród najbliższych i przyjaciół nie mam jaskrawych przykładów uzależnienia, może (na szczęście!) sam nie wlazłem w jakieś ciągnące do dna środowisko, nie przytłoczyła mnie swoim ciężarem żadna życiowa katastrofa, trauma, czy depresja, prowadząca w niebezpieczne objęcia C2H5OH. Jednak różnego rodzaju okazje, większe i mniejsze święta, spotkania, imprezy, popremierówki i wyjazdy teatralne nie są w większości bezalkoholowe. Jednak i mnie zdarzały się przecież odmienne stany świadomości, aż do jej utraty... I ja żałuję tych kilku kieliszków wypitych ponad miarę. 

Odpowiednią perspektywę przywracają, pojawiające się niestety coraz częściej, wyznania moich rówieśników i młodszych ludzi, którzy zdążyli już wpaść w pułapkę i teraz próbują się z niej wydostać, płacąc cenę bolesnego odwyku, terapii, trudnego powrotu do świata i życia w abstynencji, z piętnem alkoholika.

Swoją drogą do trzeźwości podzieliła się Małgorzata Halber. Jej debiutancka powieść, choć nie jest autobiograficzną relacją, pokazuje niezwykle smutny, przejmujący i boleśnie prawdziwy obraz walki z uzależnieniem. Walki toczonej przez młodą kobietę, którą paraliżuje strach, niejednokrotnie dopada zwątpienie, brak wiary, depresja… Towarzyszy jej nieustanny lęk przed odrzuceniem, ale także przed tym nowym „czystym” życiem.

Książka niełatwa w odbiorze, pisana ostrym, wręcz brutalnym językiem, z często zaburzoną, uproszczoną składnią, która z jednej strony odsłania niemożność właściwego nazwania rzeczy, z drugiej – pozwala sprowadzić przekaz do tego, co najważniejsze. Ten zabieg może nieco irytować, odbierany jako nieznośna maniera, infantylność stylu. Wypowiedzi Krystyny (bohaterki) są czasem, jak wyrwane z pamiętnika zbuntowanej nastolatki. Ale w obliczu własnego alkoholizmu nie bylibyśmy chyba bardziej dojrzali, pewni swych osądów i racji?

Z książki:

      „Nałóg bierze się z tego, że jesteś wydrążony w środku, albo tak ci się przynajmniej wydaje. Że jest pusto i cicho, a ty jesteś zamknięty w swoim pokoju i za mało się starasz.

XX wiek był wiekiem nerwic i histerii. XXI wiek jest wiekiem depresji i nałogów.

      Na każdym rogu czeka na ciebie informacja o ludziach sukcesu. […] Musisz zdążyć odnieść sukces zawodowy, zdobyć wyższe wykształcenie, znaleźć idealnego partnera, założyć rodzinę, kupić mieszkanie, wychować dziecko, kupić samochód, założyć własną firmę, napisać książkę, zrealizować pomysł na bloga, grać w tenisa, interesować się polityką, […] wiedzieć, kto dostał Nobla z literatury, przeczytać to, co napisał ten, który dostał Nobla z literatury, znać minimum jeden język obcy, znaleźć czas dla siebie, zrobić remont, oddychać, umyć kibel, pójść na te drugie studia, na które naprawdę chciałeś pójść, ale nie poszedłeś […]. Musisz namalować te wszystkie obrazy, które chcesz namalować, napisać sztukę, zrobić sam łódź, nauczyć się jeździć na nartach, nauczyć się medytować, kupić nowe łóżko, nie martwić się komentarzem na fejsbuku, pójść do fryzjera, pojechać do Azji, zmienić pracę, zmienić żonę.

A ty zamiast tego siedzisz przed telewizorem. 
     Wpierdalasz te czipsy i wafelki. 
     Znowu poszłaś na imprezę i nawaliłaś się jak świnia, nie jesteś pewna, co mówiłaś, i chyba się przespałaś z tym gościem, którego nawet nie lubisz. 
     Kupiłaś kolejną sukienkę albo kolejną godzinę szukasz butów w internecie. I myślisz sobie: od wszystkiego się można uzależnić, nawet od czekolady.”

środa, 1 kwietnia 2015

O piewcy faktów autentycznych

Nazywany szalejącym reporterem i poetą faktu, religijny Żyd, wojujący socjalista, żołnierz Korpusu Praskiego walczący na frontach I wojny światowej, prażanin, pisarz i publicysta – Egon Erwin Kisch – twórca Jarmarku sensacji – zbioru autobiograficznych tekstów i wspomnień, które polskiemu czytelnikowi przypomniano w ramach znakomitej serii Reporterzy Dużego Formatu – Klasyka.

Lektura tej książki skłania do rozszerzenia zestawu cech niezbędnych rasowemu reporterowi o spryt, skłonność do poświęceń, zdolność wykrywania nieoczywistych powiązań i zależności, odwagę, a w końcu także bezczelność i fart. W połączeniu z umiejętnościami literackimi, niezbędną ciekawością rzeczy pozornie oczywistych i czułym węchem otrzymujemy wierny portret dziennikarza, na którym wzorować się będą najznamienitsi reporterzy kolejnych epok i dziesięcioleci, w ich gronie również Polacy, by wymienić chociaż Ryszarda Kapuścińskiego czy Małgorzatę Szejnert.

Z książki:

       „«Fantazja»! Czy kształtowanie prawdy nie wymaga fantazji? To prawda, fantazja nie może się w tym wypadku swobodnie rozwinąć, może posuwać się jedynie wąską ścieżyną między jednym faktem a drugim i ruchy jej muszą pozostawać w rytmicznej zgodzie z faktami. Ale nawet tego ograniczonego miejsca nie ma fantazja wyłącznie dla siebie. Wraz z całym zespołem baletowym form sztuki musi się ona obracać w korowodzie, aby najbardziej kruchy materiał – rzeczywistość – w niczym nie ustąpił najbardziej elastycznemu materiałowi – kłamstwu.”

Książkę otrzymałem dzięki uprzejmości księgarni internetowej Publio.pl.

czwartek, 19 marca 2015

Sprawa dla reportera

Dwiema podstawowymi umiejętnościami reportera są ciekawość, pozwalająca dziwić się rzeczom pozornie zwykłym oraz zdolność cierpliwego, pełnego empatii, słuchania innego. Dalej jest już tylko talent do opowiadania historii i niezbędny warsztat pisarski. O ile pierwsze dwie cechy są właściwościami indywidualnego usposobienia - charakteru, o tyle dwie kolejne trzeba umieć w sobie ćwiczyć i pielęgnować. Teresa Torańska była wybitną reporterką, autorką licznych i znakomitych wywiadów, mającą wszystkie te elementy w zakresie znacznie przewyższającym branżową średnią.

W tych wywiadach, ciekawych już przez sam dobór rozmówców i ich poplątanych przez wichurę historii biografii, niedoścignionym wzorem jest sam warsztat dziennikarski autorki. Aż nie chce się wierzyć, jak wielką, mozolną pracę musiała wykonać Torańska, by tak drobiazgowo i skrupulatnie przygotować się do rozmów. Sama wielokrotnie zaskakuje swoich interlokutorów szczegółową wiedzą o ich życiu, koligacjach rodzinnych, miejscach dzieciństwa i drobnych, choć nieraz wiele znaczących epizodach z przeszłości. Autorce służy gruntowna znajomość historii, polityki, a nawet aparatu pojęciowego z dziedzin, których specjalistami są Bristiger, Głowiński i Rotfeld.

W dobie powierzchownych, zdawkowych wywiadów, przeprowadzanych przez ludzi nazywających się dziennikarzami, zdradzających jednak większe powinowactwa ze statywem do mikrofonu, kunszt i niezwykle solidne przygotowanie merytoryczne Teresy Torańskiej pozostają niedoścignionym wzorem, busolą dla wszystkich, którym zawód reporter nadal kojarzy się z umiejętnościami, o których wspomniałem wyżej.
 

środa, 11 marca 2015

Nie taki ksiądz czarny...

W ten rok wchodziłem lekturą wywiadu-rzeki z księdzem Janem Kaczkowskim – szefem puckiego hospicjum, który sam od czerwca 2012 roku zmaga się z chorobą nowotworową. Narzekając w poprzednim wpisie na brak porządnych księży w Polsce, którzy by potrafili zabierać głos w sprawach najważniejszych w sposób odpowiedzialny i szczery, powinienem pamiętać o tym niezwykłym duchownym.

To wcale nie własna choroba, jak może chciałyby media, stawia tego człowieka w roli specjalisty od cierpienia związanego z umieraniem. To jego zaangażowanie w budowanie i prowadzenie jednego z najlepszych ośrodków hospicyjnych w Polsce, jego nieustanne towarzyszenie chorym i umierającym jako duchownego, ale także jako powiernika, przyjaciela; w końcu też dbałość o odpowiednie przygotowanie lekarzy i terapeutów do pracy z osobami, dla których lekarska diagnoza okazała się wyrokiem.

Siła charakteru, niezłomność, radykalizm w myśleniu i działaniu, bezkompromisowość, a także czułość, empatia oraz wielka pokora wobec tego, czego zmienić się nie da – te wszystkie cechy spotkały się w skromnym, budzącym ogromną sympatię mężczyźnie, który z Katarzyną Jabłońską rozmawia o życiu, umieraniu, Bogu i Kościele bez owijania czegokolwiek w bawełnę; prosto, szczerze, czasem brutalnie…

      „Jako dziewiętnastolatek wierzyłem w Kościół jak ideowy komunista w partię. To się zmieniło. Niestety, jestem zawiedziony Kościołem jako instytucją totalną, która di mówi, co masz myśleć, gdzie masz mieszkać, która mówiąc o wolności i godności człowieka, często sama ją depcze. Nawet prawo kanoniczne nie jest w Kościele respektowane – mam na myśli prawo do obrony, do dobrego imienia, do wolności, także wolności sumienia. Dzieje się tak szczególnie wobec duchownych, a zwłaszcza wobec zakonnic.”

       „Nie w pełni wiem, jak miał wyglądać Kościół, którego chciał Chrystus. Myślę jednak, że wolno mi wątpić w to, że chciał w Kościele hierarchicznej i feudalnej struktury, która jest pokłosiem średniowiecza. […] A jeśli chodzi o własne podwórko, to – mówiąc marketingowo – produkt, jaki serwuje typowa parafia, jest na żenującym poziomie, począwszy od plastikowego wystroju kościoła po poziom kazań czy w ogóle oferty duszpasterskiej. Znaczna część moich kolegów, gdyby ich ocenić jedynie pod względem profesjonalizmu wykonywanej pracy, straciłaby robotę. W Kościele pracuje się jak za komuny, to znaczy często się… nie pracuje. Dominuje bylejakość w pracy duszpasterskiej, w sposobie sprawowania liturgii, w tak zwanej posłudze myślenia, do której Kościół również jest powołany i którą zobowiązany jest pełnić.”

wtorek, 24 lutego 2015

Tomáš Halĭk nie jest Bogiem

Nie mamy chyba takiego duchownego w polskim Kościele. Nie mamy teologa, który będąc kapłanem, potrafi o Kościele i religii pisać z tak konsekwentnym dystansem i zdrowym sceptycyzmem, zachowując przy tym zbawienne poczucie humoru. Tomáš Halĭk zachęca do ciągłego poszukiwania, nieustającego zadawania pytań i nietajenia wątpliwości wobec Boga i własnej wiary, a także do śmiechu. Wielokrotnie podkreśla potrzebę otwartości na innych; wierzących i niewierzących, głęboko zanurzonych w Chrystusie i tych, którzy nie chcą o nim słyszeć. Piętnuje Kościół zaślepiony, bigoteryjny, fundamentalistyczny, przekonany o swej niezachwianej wielkości. Uzmysławia czytelnikowi, że religijne, a także światopoglądowe linie demarkacyjne nie przebiegają wcale pomiędzy ateizmem a wiarą, ani też pomiędzy konserwatyzmem a postępowością – są w nas; gryzą, nie dają spokoju…

Oto garść wyimków:

     „Boję się ludzi o niezachwianych przekonaniach, ponieważ czuję od nich chłód śmierci i wrogość wobec życia, wobec jego dynamiki, ciepła i różnorodności; unikam ich, bo po prostu nie wierzę w deklarowaną pewność ich wiary. Nic na to nie poradzę: za murem ich niezłomności wyczuwam tłumione pytania i nierozwikłane problemy, nierozstrzygnięte wewnętrzne konflikty, przed którymi daremnie szukają ucieczki w walce z inaczej myślącymi.”

     „Dialog między wiarą a niewiarą nie jest dialogiem między dwoma ściśle oddzielonymi obozami, walką między drużynami w czerwonych i niebieskich dresach. On odbywa się wewnątrz każdego ludzkiego serca i myśli. […] Jeśli więc człowiek wierzący chce prowadzić dialog z niewierzącymi, musi najpierw spotkać się z niewierzącym we własnym sercu.”

     „Gdy ktoś twierdzi, że jest niewierzący, często wtedy pytam: jak wygląda ten Bóg, w którego nie wierzysz? Bo gdy coś odrzucam, muszę mieć przecież jakieś wyobrażenie o tym, co odrzucam. A gdy ten niewierzący opisze Boga, w którego nie wierzy, często mu muszę z ulgą pogratulować: Bóg zapłać, że w takiego Boga nie wierzysz! W takiego Boga nie wierzę i ja. W odniesieniu do takiego teizmu i ja jestem ateistą.”

     „Humor wspólnie z wykształceniem chroni człowieka wierzącego przed zdegradowaniem jego religijnej gorliwości do smutnej formy dogmatycznego fanatyzmu czy – jeśli ktoś woli – fundamentalizmu.”

Książkę otrzymałem dzięki uprzejmości księgarni internetowej Publio.pl.

piątek, 13 lutego 2015

"Szwedzki thriller ekologiczny"

Większości wyda się zapewne, że to nie temat na pierwsze strony gazet. Wielu powie, że Polski nie dotyczy, więc nie musi tutejszych czytelników obchodzić. Wystarczy jednak nieco ekologicznej wrażliwości i wyobraźni, by ta książka wzbudziła prawdziwą złość, wewnętrzny protest i niedowierzanie wobec zdemaskowanej przez Zarembę-Bielawskiego szwedzkiej polityki, sprawnie zamieniającej naturalne ogromne zasoby leśne tego kraju w karczowiska, by następnie zaprowadzić na tych rozległych obszarach ujednoliconą produkcję iglaków.

Zarządzanie szwedzkimi lasami podporządkowane zostało w zupełności przemysłowi drzewnemu. Państwowe instytucje, mające regulować wycinki i kontrolować działających w tym sektorze przedsiębiorców, od dawna żyją z nimi w symbiozie, która wyklucza jakąkolwiek niezależność i w efekcie uniemożliwia stosowanie sankcji wobec firm ewidentnie łamiących prawo.

Prywatni właściciele, posiadający w Szwecji największy procent terenów leśnych (państwo i samorządy dysponują tylko niewielką częścią tamtejszych lasów), zmuszani są do prowadzenia gospodarki zgodnie z interesem potężnego przemysłu, często wbrew swoim intencjom i na własną szkodę.

Traci więc właściciel lasu, traci każdy, kto zechciał przeprowadzić się do ustornia okolonego bujną zielonością drzew, a w efekcie trafia do magazynu drewna. W sposób oczywisty traci ekosystem, konsekwentnie ubożony i kastrowany przez wielkie kombajny karczujące tzw. systemem zrębu zupełnego. Traci także szwedzka turystyka, której atutem przestaje być dziki, zróżnicowany krajobraz północy. Tracą przyszłe pokolenia…

Przykłady, które mnoży w swoich reportażach Bielawski szokują. Oto jeden z wielu paradoksów Szwedzkiej rzeczywistości:

      „Zarząd Lasów (…) zabrania Haraldowi [Holmbergowi – M. Z. B.] wycinać i odnawiać las, będący jego własnością, wedle własnego uznania (…) Ma on dokonać zrębu zupełnego, a jeśli tego nie uczyni, musi liczyć się z poważnymi konsekwencjami w postaci wysokiej grzywny, a nawet kary więzienia”.

Książkę otrzymałem dzięki uprzejmości księgarni internetowej Publio.pl.

środa, 11 lutego 2015

Warszawka piórem Żulczyka

Tydzień z życia warszawskiego dilera kokainy. Powieść mocna, mięsista, pisana dosadnym językiem, z niezwykle przemyślaną i konsekwentnie poprowadzoną fabułą. Ślepnąc od świateł Jakuba Żulczyka czytałem nie mogąc pozbyć się wrażenia, że uczestniczę w życiu głównego bohatera niczym w komputerowym RPGu. Śledzę każdy krok, każdą myśl; widzę Warszawę jego oczami, czuję te same zapachy i ten sam ból… Ta perspektywa nie daje nadmiernie pięknych widoków. Wręcz przeciwnie, moje miasto pokazuje swą brzydką twarz – zmęczoną nieustannymi podrygami w mniej lub bardziej luksusowych klubach, modnych lokalach gastronomicznych, pijalniach i ćpalniach; z wiecznie podkrążonymi oczami i płatkami nosa oprószonymi białym proszkiem. To Warszawa, która wciąż udaje, że jest lepsza, ważniejsza, bogatsza i seksowaniejsza niż w rzeczywistości; która po godzinach odreagowuje stresy, lęki, niepowodzenia i bolesne upadki z drabiny zawodowego i społecznego awansu.

Żulczyk pokazuje rewers stołecznego blichtru. Bezlitośnie, bezwzględnie, bez jakiejkolwiek taryfy ulgowej. Nie znam tego miasta, w którym wszyscy wciągają nosem kokainę, w którym żyje się tylko w obrębie nocnych zakamarków, skrzętnie wypierając z pamięci to, co wydarzyło się za dnia, a narkotykowych bonzów traktuje się jak dostawców pizzy. Miasta-widma, miasta-zombie. A jednak w nim mieszkam…

Polecam tę książkę wszystkim. To znakomita lektura. Na przeczytanie ponadpięciuset stron wystarczą w zupełności dwa wieczory, co potwierdzają wszyscy moi znajomi, który po Ślepnąc od świateł już sięgnęli i są książką, tak samo jak ja, zachwyceni.

Tym razem książkę kupiłem dzięki karcie prezentowej otrzymanej od moich studentów - słuchaczy Okęckiego Uniwersytetu Trzeciego Wieku, dla których od października prowadzę zajęcia z literatury, i którym serdecznie dziękuję.