poniedziałek, 22 czerwca 2015

Walc z Nowickim

Jana Nowickiego spotykam od czasu do czasu jako jurora i przychylnego kibica teatru amatorskiego. Bardzo mi odpowiada jego sposób bycia - szczery, otwarty, bezpośredni i bezkompromisowy w sprawach sztuki. Podziwiam, jak wielu, ogromny dorobek aktorski, wiedzę oraz tę niezwykłą u nestorów teatru dziecięcość, skłonność do przekory; ów błysk w oku zdradzający chłopięcą zuchwałość.

Moje uwielbienie nie jest bynajmniej bezkrytyczne. Przyznaję, że zanim sięgnąłem po Białe walce, przeczytałem inną książkę Jana Nowickiego - Mężczyzna i one. Ten zbiór tekstów pisanych dla "Gazety Krakowskiej", "Zwierciadła" i "Wróżki" nadwerężył moją czytelniczą cierpliwość. Byłem wówczas na pana Jana zły strasznie, czemu wyraz dałem w niepochlebnej recenzji. Miałem jednak rację i słowa nie cofnę!
 
Na szczęście Białe walce pozwoliły mi zobaczyć inne, bardzo interesujące oblicze Nowickiego-autora. Dwadzieścia opowiadań ciechocińskich wypełnionych spacerami, rozmowami i historiami chorób piątki kuracjuszy, układa się w pozornie błahy obrazek z życia sanatorium. Jednak w niby czczej gadaninie, paplaniu, stękaniu i powtarzaniu tych samych, rytualnym niemal zwrotów i gestów, kryje się myśl. Świeża, jasna, nasączona znaczeniem, wywiedziona z doświadczenia, z bólu - zarówno tego fizycznego, jak i (nawet bardziej!) metafizycznego. W podeszłym wieku, w doskwierającej niedoskonałości ciała, w pamięci napuchłej od niechcianych wspomnień, w samotności, tęsknocie za młodością i w bliskości śmierci odnajdziemy sens naszej wędrówki - zdają się mówić bohaterowie Nowickiego. Trochę śmieszni, poczciwi, niedzisiejsi, a mimo to - coraz nam bliżsi.
 
Mają i oni swojego przewodnika, emerytowanego aktora, koryfeusza sanatoryjnych bibek i niekończących się rozmów, zwanego Mistrzem Serafinem. Ma on coś z samozwańczego filozofa, profesora bez określonej specjalności i bez dyplomu; ma też z pewnością ów nieuchwytny błysk w oku, zdradzający chłopięcą zuchwałość...

Jedna z myśli Mistrza Serafina:

      "Człowiek po wysłuchaniu największych filozofów, teologów, artystów i księży pozostaje sam."

Książkę otrzymałem dzięki uprzejmości księgarni internetowej Publio.pl.

poniedziałek, 18 maja 2015

Dwa spotkania z Wojciechem Eichelbergerem

Pozornie jesteśmy niezwykle logiczni i racjonalni, przywiązani do zdroworozsądkowego opisu świata, bazującego na faktach, konkretach, dowodach. Pozornie odrzucamy to, co niewiarygodne, zmyślone, nie mieszczące się w granicach bezpośredniego, zmysłowego poznania. Musimy zmierzyć, zważyć, obliczyć, usystematyzować i dotknąć, by uwierzyć.

Naprawdę nasze wybory i działania nie mają tak wiele wspólnego z logiką, jak byśmy tego chcieli… Jesteśmy poddani własnym emocjom, nawykom; płyniemy z prądem mód, wzajemnych wpływów i zapożyczonych przekonań, stereotypów, wreszcie – skryptów kultury. Dajemy się łatwo manipulować specjalistom od reklamy, samozwańczym kaznodziejom nowych religii i trendów, politykom i producentom masowej rozrywki. Jesteśmy niewolnikami wielu dzisiejszych, nowoczesnych mitologii, dających zaskakująco łatwe, choć zazwyczaj kłamliwe, odpowiedzi na pytania i bolączki współczesności.

O tych właśnie mitach, które z ochotą przyjmujemy za dobrą monetę, włączając w poczet własnych przekonań i drogowskazów, z Wojciechem Eichelbergerem rozmawia Beata Pawłowicz. Oboje starają się znaleźć źródła błędu, który towarzyszy naszemu myśleniu, gdy w zarabianiu coraz większych pieniędzy upatrujemy coraz większej niezależności; kiedy zamiast poświęcić sobie czas, wynajmujemy innych, by się nami zajęli lub dajemy wiarę mitowi wiecznej młodości i zdrowia. Dyskutują także o byciu singlem jako drodze do spełnionego życia, o pielęgnowaniu swego Wewnętrznego Dziecka kosztem Wewnętrznego Dorosłego, o pułapce politycznej poprawności oraz byciu kimkolwiek się zechce. W czternastu rozmowach i towarzyszących im opowieściach ludzi, którzy padli ofiarami współczesnych mitów znajdziemy zachętę do sceptycyzmu wobec powtarzanych powszechnie prawd oraz wiele podpowiedzi, „jak nie trafić do raju na kredyt i odnaleźć harmonię ze światem”.

       „Na szkoleniach z zarządzania zasobami życia opowiadam ponury dowcip, ilustrujący powody buntu Polaków przeciwko podniesieniu wieku emerytalnego: Czym się różni polski emeryt od francuskiego i angielskiego? Otóż francuski emeryt zrywa się o świcie leciutki i żwawy, podśpiewuje, pogwizduje, goli się, perfumuje, zakłada czystą koszulkę, wiąże apaszkę, uważnie modeluje berecik, sfruwa po schodach ze swojego poddasza, wpada po drodze do sklepiku po butelkę wina i udaje się na bulwar podziwiać świat i piękne kobiety. Emeryt angielski zrywa się wcześnie, energicznie ćwiczy pompki i przysiady, podciąga się na drążku, bierze prysznic, podśpiewuje God save the Queen, goli się, perfumuje, wskakuje we flanelową koszulę i samodziałową marynarkę, łapie kaszkiet, kalosze, wędkę, zbiega po schodach, wpada do sklepiku po piersiówkę whisky i jedzie na ryby. A polski emeryt? Ledwo wstaje, kwęka, stęka, nie myje się, nie goli, ubiera się w byle co, bierze butelkę moczu i idzie [do] lekarza…”

Druga książka również dotyczy świata rzadko poddającego się racjonalnemu opisowi. Wraz z Tomaszem Jastrunem Wojciech Eichelberger rozmawia o potędze naszych snów. Szczególnie tych, które mogą posłużyć jako niezwykłe, terapeutyczne wręcz interpretacje trawiących nas problemów, traum i kompleksów. Mimo tak ulotnego i „nierzeczywistego” tematu, obaj panowie starają się utrzymać rzeczowy ton dyskusji, sięgając po przekonujące argumenty, wystrzegając się jednocześnie ezoterycznych, wróżbiarskich odniesień.

       „Wiele snów to senna makulatura, szum emocjonalnego i informacyjnego metabolizmu mózgu, który w nocy się resetuje. Ale bywają sny doniosłe, prawdziwe klucze do naszych problemów. Od przeszło trzydziestu lat towarzyszę ludziom w wysiłkach, które mają ich wyprowadzić z zamieszania i cierpienia, poprawić jakość ich życia. Sny, które się śnią w trakcie takich usiłowań, są szczególnie ważne.”

wtorek, 14 kwietnia 2015

Barbarzyńcy to my

W Dominikanie panoszą się nowi konkwistadorzy, których podboje dalekiego świata znaczone są cierpieniem wykorzystywanych seksualnie, zmuszanych do prostytucji, gwałconych „tubylców”. W roli nowych najeźdźców są panowie bogatego, sytego Zachodu – turyści i turystki z USA i zamożnych krajów Europy, ale także (na nieszczęście!), kościelni hierarchowie; do ich grona należą również dwaj polscy duchowni-pedofile – ksiądz Gil i arcybiskup Wesołowski – o których haniebnej działalności wiemy od 2013 roku.

Mirosław Wlekły nie tylko opisuje problem seksualnych nadużyć, ich niebotyczną skalę, ale także stara się odkryć źródła – kulturowe, historyczne, ekonomiczne… Za uprzedmiotowieniem drugiego człowieka, także dziecka, stoi więc maczyzm – silnie zakorzeniony w latynoamerykańskiej kulturze, sankcjonujący wzorzec mężczyzny-samca, który nieustannie potwierdza swą pozycję społeczną kolejnymi seksualnymi podbojami, których ofiarami padają także bardzo młode dziewczęta, niejednokrotnie siostry, dalsze lub bliskie kuzynki. Przemoc fizyczna, w tym gwałt, jako atrybut siły i dominacji ma tu swą niechlubną, lecz bogatą tradycję. Piętnastowieczni zdobywcy Nowego Świata walczyli przecież nie tylko za pomocą swoich mieczów i pistoletów… Wielka bieda przy jednoczesnym rozkwicie branży turystycznej prowokuje dzisiejszych ubogich mieszkańców Dominikany do poszukiwania zarobku u bogatych przybyszów, również w postaci zaspokajania potrzeb seksualnych.

Z wielkim smutkiem przyjmuję, że wśród oprawców, wykorzystujących swą niezwykle silną pozycję i autorytet Kościoła katolickiego, są także księżą. Oczywiście, nie tylko ci z Polski; nie tylko w Dominikanie. I że nie trzeba jechać na drugi koniec globu, do jakiegoś egzotycznego zakątka, by tego problemu dotknąć. Ja także poznałem księdza-pedofila. Był do niedawna proboszczem mojej parafii. Znałem go i lubiłem, ceniłem jego zaradność w prowadzeniu kościoła i otwartość, intelekt. Dobrze mi się z nim współpracowało przy kilku imprezach kulturalnych, które razem organizowaliśmy. Zdążyłem domówić z księdzem wszystkie kwestie związane z chrztem mojego syna, zanim stał się głośnym na całą Polskę Grzegorzem K. – antybohaterem historii o fatalnej roli tutejszych władz kościelnych, które zupełnie zagubiły się w swych powinnościach wobec poszkodowanych, stawiając na źle pojmowaną lojalność.

piątek, 10 kwietnia 2015

Do dna!

Kiedy wspominam klasyczną już dziś „Moskwę – Pietuszki” Jerofiejewa, czy też alkoholową prozę Jerzego Pilcha; kiedy zaglądam do wywiadów ze znanymi aktorami, reżyserami, twórcami, którzy zdobyli się na walkę z chorobą; kiedy czytam na przykład Rehab Wiktora Osiatyńskiego, pozostaję w błogim, choć przecież iluzorycznym, przekonaniu, że alkoholizm jest problemem innego pokolenia, że w większości dotyka ludzi ode mnie starszych.

Z letargu budzi mnie jednak trzeźwe spojrzenie wokół. Może wśród najbliższych i przyjaciół nie mam jaskrawych przykładów uzależnienia, może (na szczęście!) sam nie wlazłem w jakieś ciągnące do dna środowisko, nie przytłoczyła mnie swoim ciężarem żadna życiowa katastrofa, trauma, czy depresja, prowadząca w niebezpieczne objęcia C2H5OH. Jednak różnego rodzaju okazje, większe i mniejsze święta, spotkania, imprezy, popremierówki i wyjazdy teatralne nie są w większości bezalkoholowe. Jednak i mnie zdarzały się przecież odmienne stany świadomości, aż do jej utraty... I ja żałuję tych kilku kieliszków wypitych ponad miarę. 

Odpowiednią perspektywę przywracają, pojawiające się niestety coraz częściej, wyznania moich rówieśników i młodszych ludzi, którzy zdążyli już wpaść w pułapkę i teraz próbują się z niej wydostać, płacąc cenę bolesnego odwyku, terapii, trudnego powrotu do świata i życia w abstynencji, z piętnem alkoholika.

Swoją drogą do trzeźwości podzieliła się Małgorzata Halber. Jej debiutancka powieść, choć nie jest autobiograficzną relacją, pokazuje niezwykle smutny, przejmujący i boleśnie prawdziwy obraz walki z uzależnieniem. Walki toczonej przez młodą kobietę, którą paraliżuje strach, niejednokrotnie dopada zwątpienie, brak wiary, depresja… Towarzyszy jej nieustanny lęk przed odrzuceniem, ale także przed tym nowym „czystym” życiem.

Książka niełatwa w odbiorze, pisana ostrym, wręcz brutalnym językiem, z często zaburzoną, uproszczoną składnią, która z jednej strony odsłania niemożność właściwego nazwania rzeczy, z drugiej – pozwala sprowadzić przekaz do tego, co najważniejsze. Ten zabieg może nieco irytować, odbierany jako nieznośna maniera, infantylność stylu. Wypowiedzi Krystyny (bohaterki) są czasem, jak wyrwane z pamiętnika zbuntowanej nastolatki. Ale w obliczu własnego alkoholizmu nie bylibyśmy chyba bardziej dojrzali, pewni swych osądów i racji?

Z książki:

      „Nałóg bierze się z tego, że jesteś wydrążony w środku, albo tak ci się przynajmniej wydaje. Że jest pusto i cicho, a ty jesteś zamknięty w swoim pokoju i za mało się starasz.

XX wiek był wiekiem nerwic i histerii. XXI wiek jest wiekiem depresji i nałogów.

      Na każdym rogu czeka na ciebie informacja o ludziach sukcesu. […] Musisz zdążyć odnieść sukces zawodowy, zdobyć wyższe wykształcenie, znaleźć idealnego partnera, założyć rodzinę, kupić mieszkanie, wychować dziecko, kupić samochód, założyć własną firmę, napisać książkę, zrealizować pomysł na bloga, grać w tenisa, interesować się polityką, […] wiedzieć, kto dostał Nobla z literatury, przeczytać to, co napisał ten, który dostał Nobla z literatury, znać minimum jeden język obcy, znaleźć czas dla siebie, zrobić remont, oddychać, umyć kibel, pójść na te drugie studia, na które naprawdę chciałeś pójść, ale nie poszedłeś […]. Musisz namalować te wszystkie obrazy, które chcesz namalować, napisać sztukę, zrobić sam łódź, nauczyć się jeździć na nartach, nauczyć się medytować, kupić nowe łóżko, nie martwić się komentarzem na fejsbuku, pójść do fryzjera, pojechać do Azji, zmienić pracę, zmienić żonę.

A ty zamiast tego siedzisz przed telewizorem. 
     Wpierdalasz te czipsy i wafelki. 
     Znowu poszłaś na imprezę i nawaliłaś się jak świnia, nie jesteś pewna, co mówiłaś, i chyba się przespałaś z tym gościem, którego nawet nie lubisz. 
     Kupiłaś kolejną sukienkę albo kolejną godzinę szukasz butów w internecie. I myślisz sobie: od wszystkiego się można uzależnić, nawet od czekolady.”

środa, 1 kwietnia 2015

O piewcy faktów autentycznych

Nazywany szalejącym reporterem i poetą faktu, religijny Żyd, wojujący socjalista, żołnierz Korpusu Praskiego walczący na frontach I wojny światowej, prażanin, pisarz i publicysta – Egon Erwin Kisch – twórca Jarmarku sensacji – zbioru autobiograficznych tekstów i wspomnień, które polskiemu czytelnikowi przypomniano w ramach znakomitej serii Reporterzy Dużego Formatu – Klasyka.

Lektura tej książki skłania do rozszerzenia zestawu cech niezbędnych rasowemu reporterowi o spryt, skłonność do poświęceń, zdolność wykrywania nieoczywistych powiązań i zależności, odwagę, a w końcu także bezczelność i fart. W połączeniu z umiejętnościami literackimi, niezbędną ciekawością rzeczy pozornie oczywistych i czułym węchem otrzymujemy wierny portret dziennikarza, na którym wzorować się będą najznamienitsi reporterzy kolejnych epok i dziesięcioleci, w ich gronie również Polacy, by wymienić chociaż Ryszarda Kapuścińskiego czy Małgorzatę Szejnert.

Z książki:

       „«Fantazja»! Czy kształtowanie prawdy nie wymaga fantazji? To prawda, fantazja nie może się w tym wypadku swobodnie rozwinąć, może posuwać się jedynie wąską ścieżyną między jednym faktem a drugim i ruchy jej muszą pozostawać w rytmicznej zgodzie z faktami. Ale nawet tego ograniczonego miejsca nie ma fantazja wyłącznie dla siebie. Wraz z całym zespołem baletowym form sztuki musi się ona obracać w korowodzie, aby najbardziej kruchy materiał – rzeczywistość – w niczym nie ustąpił najbardziej elastycznemu materiałowi – kłamstwu.”

Książkę otrzymałem dzięki uprzejmości księgarni internetowej Publio.pl.

czwartek, 19 marca 2015

Sprawa dla reportera

Dwiema podstawowymi umiejętnościami reportera są ciekawość, pozwalająca dziwić się rzeczom pozornie zwykłym oraz zdolność cierpliwego, pełnego empatii, słuchania innego. Dalej jest już tylko talent do opowiadania historii i niezbędny warsztat pisarski. O ile pierwsze dwie cechy są właściwościami indywidualnego usposobienia - charakteru, o tyle dwie kolejne trzeba umieć w sobie ćwiczyć i pielęgnować. Teresa Torańska była wybitną reporterką, autorką licznych i znakomitych wywiadów, mającą wszystkie te elementy w zakresie znacznie przewyższającym branżową średnią.

W tych wywiadach, ciekawych już przez sam dobór rozmówców i ich poplątanych przez wichurę historii biografii, niedoścignionym wzorem jest sam warsztat dziennikarski autorki. Aż nie chce się wierzyć, jak wielką, mozolną pracę musiała wykonać Torańska, by tak drobiazgowo i skrupulatnie przygotować się do rozmów. Sama wielokrotnie zaskakuje swoich interlokutorów szczegółową wiedzą o ich życiu, koligacjach rodzinnych, miejscach dzieciństwa i drobnych, choć nieraz wiele znaczących epizodach z przeszłości. Autorce służy gruntowna znajomość historii, polityki, a nawet aparatu pojęciowego z dziedzin, których specjalistami są Bristiger, Głowiński i Rotfeld.

W dobie powierzchownych, zdawkowych wywiadów, przeprowadzanych przez ludzi nazywających się dziennikarzami, zdradzających jednak większe powinowactwa ze statywem do mikrofonu, kunszt i niezwykle solidne przygotowanie merytoryczne Teresy Torańskiej pozostają niedoścignionym wzorem, busolą dla wszystkich, którym zawód reporter nadal kojarzy się z umiejętnościami, o których wspomniałem wyżej.
 

środa, 11 marca 2015

Nie taki ksiądz czarny...

W ten rok wchodziłem lekturą wywiadu-rzeki z księdzem Janem Kaczkowskim – szefem puckiego hospicjum, który sam od czerwca 2012 roku zmaga się z chorobą nowotworową. Narzekając w poprzednim wpisie na brak porządnych księży w Polsce, którzy by potrafili zabierać głos w sprawach najważniejszych w sposób odpowiedzialny i szczery, powinienem pamiętać o tym niezwykłym duchownym.

To wcale nie własna choroba, jak może chciałyby media, stawia tego człowieka w roli specjalisty od cierpienia związanego z umieraniem. To jego zaangażowanie w budowanie i prowadzenie jednego z najlepszych ośrodków hospicyjnych w Polsce, jego nieustanne towarzyszenie chorym i umierającym jako duchownego, ale także jako powiernika, przyjaciela; w końcu też dbałość o odpowiednie przygotowanie lekarzy i terapeutów do pracy z osobami, dla których lekarska diagnoza okazała się wyrokiem.

Siła charakteru, niezłomność, radykalizm w myśleniu i działaniu, bezkompromisowość, a także czułość, empatia oraz wielka pokora wobec tego, czego zmienić się nie da – te wszystkie cechy spotkały się w skromnym, budzącym ogromną sympatię mężczyźnie, który z Katarzyną Jabłońską rozmawia o życiu, umieraniu, Bogu i Kościele bez owijania czegokolwiek w bawełnę; prosto, szczerze, czasem brutalnie…

      „Jako dziewiętnastolatek wierzyłem w Kościół jak ideowy komunista w partię. To się zmieniło. Niestety, jestem zawiedziony Kościołem jako instytucją totalną, która di mówi, co masz myśleć, gdzie masz mieszkać, która mówiąc o wolności i godności człowieka, często sama ją depcze. Nawet prawo kanoniczne nie jest w Kościele respektowane – mam na myśli prawo do obrony, do dobrego imienia, do wolności, także wolności sumienia. Dzieje się tak szczególnie wobec duchownych, a zwłaszcza wobec zakonnic.”

       „Nie w pełni wiem, jak miał wyglądać Kościół, którego chciał Chrystus. Myślę jednak, że wolno mi wątpić w to, że chciał w Kościele hierarchicznej i feudalnej struktury, która jest pokłosiem średniowiecza. […] A jeśli chodzi o własne podwórko, to – mówiąc marketingowo – produkt, jaki serwuje typowa parafia, jest na żenującym poziomie, począwszy od plastikowego wystroju kościoła po poziom kazań czy w ogóle oferty duszpasterskiej. Znaczna część moich kolegów, gdyby ich ocenić jedynie pod względem profesjonalizmu wykonywanej pracy, straciłaby robotę. W Kościele pracuje się jak za komuny, to znaczy często się… nie pracuje. Dominuje bylejakość w pracy duszpasterskiej, w sposobie sprawowania liturgii, w tak zwanej posłudze myślenia, do której Kościół również jest powołany i którą zobowiązany jest pełnić.”