poniedziałek, 5 grudnia 2016

Egzegeta Becketta

Wychodzi na to, że tę książkę przegapiłem, kiedy w 2013 roku ukazała się nakładem wydawnictwa Więzi. Wpadła mi w oko przed miesiącem jako rewelacja – drugi po znakomitej Madame (Nagroda Główna Znaku 1998) prozatorski tom Antoniego Libery – nie licząc esejów o Becketcie. Apetyt podsycony ponowną lekturą jego pierwszej powieści, niebezpiecznie podniósł też poziom oczekiwań. Cienki zbiór trzech opowiadań połknąłem niemal bez tchu. Jednak…

…nie dorównał Libera swoim literackim pierwocinom. Spośród zamieszczonych tu tekstów mój największy zawód wzbudziła nowela tytułowa Niech się panu darzy – nazbyt schematyczna i uwierająca płaskim dydaktyzmem. Opowiadanie drugie dało już nieco więcej satysfakcji, choć i tu próżno szukałem błysku literackiego geniuszu.

Tylko ostatnie z opowiadań, najdłuższe, sprawiło mi czytelniczą przyjemność. Nieco dłuższa forma pomieściła więcej półcieni, delikatniej zobrazował w niej autor swojego bohatera i pozwolił jego myślom płynąć w bardziej refleksyjnym tempie. Szczególną radość tekst ten sprawi miłośnikom muzyki klasycznej, choć absolwentom konserwatoriów, instrumentalistom i kompozytorom jego przesłanie może wydać się dotkliwsze, niż pozostałym.

Tę kodę krótkiego tryptyku polecam więc osobno – jako utwór solistyczny. Lekturę pozostałych opowiadań dedykuję wytrwałym lub tym, co zechcą sprawdzić moje intuicje i gusta.

czwartek, 1 grudnia 2016

Wołyń

Witold Szabłowski upomina się o naszą pamięć, ale nie tę, która każe nam wciąż przypominać, krzyczeć o własnych klęskach i krzywdach, i przymierzać do swoich ran straszne słowa: zbrodnia wojenna, bestialstwo, ludobójstwo… Owszem, trzeba świadczyć prawdzie, mieć szacunek dla walczących i poległych, skrzywdzonych i pomordowanych. Lecz w tym szacunku mieścić się też powinna pamięć o tych, którzy nam pomagali, próbowali ocalić naszych rodaków, dając jedzenie, schronienie; dając życie.

W trakcie lektury tych poruszających opowieści o wołyńskiej apokalipsie, uderzył nie fakt, że Kresowa Księga Sprawiedliwych (tom dotyczący Ukraińców ratujących Polaków w trakcie eksterminacji przez oddziału OUN i UPA) została przez IPN wydana dopiero w 2007 roku.

Lektura Sprawiedliwych zdrajców jest w moim przekonaniu choć minimalnym aktem pamięci, aktem przyzwoitości wobec naszych sąsiadów z Wołynia. Wnikliwa i żmudna praca Szabłowskiego nie pójdzie na marne, jeśli z uwagą i empatią wysłuchamy jego rozmówców.

Z rozmowy z Ukrainką Ireną, dziś pracującą w Polsce jako pomoc domowa, której dziadek ratował Polaków podczas rzezi wołyńskiej:

     „Nagle się okazało, że starszą panią też uratowali Ukraińcy! Że ktoś ją trzymał na strychu, potem jakaś inna rodzina przejęła. Że dwa albo trzy miesiące jacyś nieznani jej ludzie ryzykowali życiem. I ona tego w ogóle nie chciała pamiętać! Zapamiętała tylko morderców. Tych dobrych wyrzuciła z głowy.
     I znów: czy ja, Ukraina od sprzątania, mam jej tłumaczyć, że tych ludzi należało odszukać? Albo chociaż im list wysłać? Że oni może, jak mój dziadek, całe życie czekali na znak?".

Witold Szabłowski w rozmowie z panią Szurą:

     „Nas w naszej historii tylko mordowali, nie ma miejsca na takich, co próbowali ratować, ani na takich, którzy się modlą […]. 

     Nie dajemy swoim sprawiedliwym medali, nie sadzimy im drzewek. […] Szczerze mówiąc, to w ogóle o nich nie pamiętamy”.

Książkę otrzymałem dzięki uprzejmości Księgarni Matras.

środa, 2 listopada 2016

Z wierszyków małżeńskich...


Nie nadaję się na singla

nic bym nie prał, nie prasował, nie mył się i nie gotował
nie zarabiał bym zbyt wiele, tylko leżał, jak to cielę
nic bym w życiu nie osiągnął – byłbym matoł, byłbym mongoł
chodziłbym nieogolony, gdybym musiał żyć bez żony

nic nie wiedziałbym o świecie, jak we mgle błądzące dziecię
żadne nauki, ni kościoły, żadne studia, ani szkoły
na niewiele by się zdały – byłbym nieuk zatwardziały
cepem zwykłym mógłbym być, gdybym miał bez żony żyć

pił bym, palił i się staczał, w brudnych sprawach palce maczał
w środowisko złe bym wpadł, może nawet bił lub kradł
strasznie byłbym zły i brzydki, a na domiar mdły i płytki
co bym ja też wówczas dał, bym jak dzisiaj żonę miał

sam bym spał i sam bym wstawał, sam do siebie byłbym gadał
samiuteńki, sam jak palec, stary niedźwiedź i zgorzknialec
smutny struty pesymista, safanduła – ludzka glista
no i nie miał bym dzidziusia, gdybym żyć bez żony musiał

wszak nie można w pojedynkę, cieszyć się wspaniałym synkiem
nie da się też z samym sobą grać w cokolwiek zespołowo
ani w klasy, ani w łapki, w karty, w kropki, w scrabble, w statki
ni w rumikub, ni też w pingla – nie nadaję się na singla!

środa, 19 października 2016

"Oswoić narkomana"

„…byłem seryjnym mordercą samego siebie. Byłem ekspertem w zabijaniu resztek świadomości i logiki w działaniu” – mówi Robert Rutkowski w rozmowie z Ireną A. Stanisławską. To bolesne, jakże paradoksalne zdanie jest najdobitniejszym podsumowaniem narkomańskiej młodości niegdysiejszego reprezentanta Polski w koszykówce, który pokonawszy swoje autodestrukcyjne skłonności został jednym z najbardziej znanych terapeutów.

W tym, co mówi o narkotykach, dopalaczach, alkoholu, papierosach, a także lekach brak taryfy ulgowej. Wszystkie te substancje, mogące doprowadzić nas do uzależnienia i w konsekwencji utraty zdrowia i życia są tu bardzo rzeczowo opisywane – zarówno z punktu widzenia ich sposobu działania, jak i szkodliwości. Rutkowski otwarcie mówi o stanach euforii, jakie powoduje heroina, o zwielokrotnianiu odczuć zmysłowych po kokainie czy marihuanie. Walczy jednak z powszechnymi stereotypami o tzw. miękkich narkotykach, których zażywanie niesie jakoby mniejsze negatywne skutki niż np. palenie papierosów czy picie alkoholu. Przestrzega też przed myśleniem, że legalne substancje są bezpieczne.

Choć wydaje nam się, że narkotyki to nie nasz problem, warto tę rozmowę przeczytać. Bo i nam zdarza się zaklinać rzeczywistość, manipulować swoimi działaniami, oszukiwać samych siebie. Proszę przeczytać poniższy fragment. Myślę, że wielu ludzi, którzy nigdy nie wpadli w żaden nałóg, zauważy jednak u siebie skłonność do podobnego myślenia…

      „- Brałeś wtedy codziennie?

     Tak. Albo nawet dwa razy dziennie. Już nie dawałem rady. Jeżeli nie załatwiłem towaru, przeżywałem męczarnie. Tych parę godzin czułem się dobrze, a przez resztę czasu zdychałem. I w tym stanie trzeba było kombinować, żeby zdobyć forsę na kolejną dawkę. A ponieważ głównym celem narkomana jest zaspokojenie głodu narkotykowego, więc nie patrzy się na jakość towaru, na okoliczności, na kontekst. […]
      Próbowałem się okiełznać, próbowałem się opanować, lecz nic mi z tego nie wychodziło. Miałem potworne poczucie porażki, bo przypomnę, co mi przyświecało: miałem skończyć szkołę i wyjść na prostą! Tylko mówiłem sobie: «Ale jeszcze nie teraz! Jeszcze troszeczkę!». Już miałem pomysły na dalszą naukę, już miałem pomysły na pracę… «Ale jeszcze troszeczkę! Od jutra! Naprawdę od jutra!».
    W tym czasie poznałem kolegę, który również miał dosyć ćpania. Załatwiliśmy towar, on powiedział: «Robert, ja już mam dość! Chcę się z tego wyzwolić!». Zaćpany wrócił do domu i napisał sprayem na ścianie «Od jutra nie biorę!». Więc gdy się budził rano i widział ten napis, to od razu włączało mu się poczucie ulgi: «Uff, jakie to szczęście, że nie od dzisiaj!». To doskonały przykład, jak myśli narkoman.”

Książkę pożyczył mi brat. Dziękuję za troskę.

środa, 5 października 2016

Zwyczajna miłość

w zawrotnym biegu spraw codziennych
pomiędzy kuchnią a pokojem
kocham Cię tak zwyczajnie
bo dobrze nam we dwoje

w pośpiechu ciągłym, wśród zamętu
pomiędzy szkołą, domem, pracą
kocham Cię nieodświętnie
już ja wiem dobrze za co...

w szaleńczym pędzie lat, miesięcy
pomiędzy wtorkiem a sobotą
kocham Cię ot  z dnia na dzień
bo jestem przecież właśnie po to

wśród małych trosk powszednich tylu
pomiędzy praniem a sprzątaniem
kocham Cię cały czas tak samo
i może niech tak już zostanie!

piątek, 23 września 2016

Afryka - skrywany wyrzut sumienia

Dariusz Rosiak w naszym imieniu odwiedził trzynaście afrykańskich krajów. Rozpoznał i skomentował dręczące je problemy polityczne, ekonomiczne i społeczne. O większości nie mamy zielonego pojęcia. O części wiemy tylko tyle, ile do naszych mediów dociera incydentalnie – bo właśnie w którymś z zakamarków zapomnianego kontynentu krzyk zabijanych przez okrutne reżimy lub ginących w bratobójczych walkach jest tak donośny, że nie sposób go dłużej ignorować.

Afryka kojarzy nam się z obrazkami zagłodzonych dzieci, wszechobecną malarią, zacofaniem cywilizacyjnym, buszem, rezerwatem dzikich. Czasem także przypomnimy sobie o niej, kiedy w kościołach wspomina się misjonarzy i zbiera drobne na potrzeby dalekich ambasad Kościoła. O konieczności wsparcia jej mieszkańców do znudzenia przypomina UNICEF, Polska Akcja Humanitarna i wiele innych instytucji oraz fundacji, starających się przemówić do naszej wyobraźni i poczucia solidarności. To trudne zadanie w świecie (i kraju), który woli odwracać oczy, spychać w niepamięć własne przewiny, przejmować się raczej sobą i pielęgnować stereotypy o uchodźcach, emigrantach, których za żadne skarby nie chcemy przyjąć, choć prędzej czy później stanie się to nieuniknione.

Rosiak pokazuje zawiłości historyczne, polityczne uzależnienie wielu krajów Afryki, ale także bezduszność międzynarodowych gremiów, instytucji, korporacji i mocarstw, którym na rękę jest utrzymywanie status quo. Pokazuje również nasze naiwne, a czasami po prostu obłudne myślenie o pomocy, jakiej bogaty świat udziela swemu ubogiemu i zniewolonemu sąsiadowi. Drugą ręką wyciska afrykańskie złoża surowców, drenuje tamtejszą gospodarkę, czerpiąc z niej korzyści wielokrotnie przekraczające fundusze przekazywanej tam pomocy.

Z książki:

„Chronimy swoje rynki przed żywnością z Afryki. Nie wpuszczamy państw afrykańskich na rynki finansowe, uznając, że udzielanie im kredytów na rozwój jest zbyt ryzykowne. Zamiast tego mamy usta pełne frazesów na temat wolności i równości, a kieszenie pełne pieniędzy, które mają nam zapewnić spokojne sumienie. Przez lata wywoływaliśmy wojny, utrzymywaliśmy okrutnych dyktatorów po to, by potem w odruchu dobrego serca adoptować biedne afrykańskie dzieci i dumać w uniesieniu nad własną dobroczynnością.
Ale w tej humanitarnej hojności bogatej Północy chodzi nie tylko o nasze dobre samopoczucie. Jesteśmy dziś gotowi zapłacić każde pieniądze, byle ci ludzie do nas nie przyjeżdżali. Stworzyliśmy sobie w tropikalnej Afryce olbrzymi obóz uchodźców z miliardem biednych ludzi i gotowi jesteśmy płacić im w nieskończoność, byleby tylko łaskawie nie rozlewali swojej biedy na Europę, Stany Zjednoczone, Australię. Budujemy zasieki imigracyjne i mury nie do przebycia (gdzieniegdzie, na przykład w Ceucie, te mury i zasieki są prawdziwe), by utrudnić Afrykanom przedostanie się do Europy. Wysyłamy patrole na morza i odsyłamy złapanych do domu, nie wnikając, co będzie się z nimi dalej działo.
Chiny nie grają w tę grę. Nie dziwmy się zatem Afrykanom, że poszli na ryzyko współpracy z Chińczykami, gdy oni nie traktują ich jak postkolonialne sieroty, tylko jak partnerów w biznesie.”

By lepiej poznać autora Żaru, polecam wszystkim ten materiał wideo, dotyczący książki Ziarno i krew, o której pisałem tutaj.

środa, 21 września 2016

Współpraca niezadowalająca

Po blisko trzech latach Księgarnia Publio postanowiła zerwać naszą współpracę. Pani Justyna Walczak, moja opiekunka, wielokrotnie w tym czasie milkła na długie tygodnie i kompletnie nie reagowała na moje prośby o jasną i prostą odpowiedź czy działamy dalej, czy też nie. Skutkowały dopiero interwencje u szefa.

Ostatnio czekałem na zapowiedziany przez panią Justynę kontakt prawie dwa miesiące (sic!), by dziś, po kolejnej interwencji u jej zwierzchnika uzyskać od pani Justyny błyskawiczną odpowiedź, że rezygnuje ze współpracy z moim blogiem, bo nie daje ona spodziewanych wyników.

Jakżeż do jasnej cholery współpraca ma dawać jakiekolwiek wyniki, jeśli ostatnią książkę do recenzji otrzymałem 31 maja 2016, wcześniejszą (po długich bojach) 14 kwietnia 2016, a poprzednią 29 września 2015!?

Tekst mogłem napisać dzięki uprzejmości Księgarni Publio.