czwartek, 7 lipca 2016

O Holender!

Obowiązujący powszechnie kult młodości przejawia się przede wszystkim w sferze tzw. budowania wizerunku. Mamy nakaz dbania o młody wygląd, sprężystą sylwetkę, modną fryzurę. Dla podkreślenia, jak bardzo jesteśmy na czasie, możemy sięgać po młodzieżowy język i obnosić się z najnowszymi gadżetami. Jednocześnie, szczególnie w Polsce, funkcjonuje przyzwolenie na gderanie, utyskiwanie, wieczne szukanie dziury w całym. Jeśli dołożymy do tego nagminny brak uśmiechu i poczucia humoru oraz neurotyczne wręcz przewrażliwienie na własnym punkcie, otrzymujemy portret człowieka naszych czasów: młodzieżowo ubranego pana (lub panią) w mocno zaawansowanym wieku średnim, a zarazem zrzędliwego, zgnuśniałego i wiecznie niezadowolonego starego piernika.

Jak się z takiego wzorca wyzwolić, pokazuje Hendrik Groen w swoim sekretnym dzienniku, zawierającym notatki z roku życia w holenderskim domu spokojnej (czy na pewno?) starości. Nie dziwi mnie fakt, że Małe eksperymenty ze szczęściem zyskały w ojczyźnie Groena status bestsellera. Nie dziwi mnie, że tak chętnie tłumaczone są na inne języki. Mam nadzieję, że i polscy czytelnicy obdarzą tę książkę życzliwym zainteresowaniem. O tym, że się nie zawiodą jestem absolutnie przekonany.

Te zapiski, nie mające pierwotnie trafić do druku, są pełne ciepłego humoru. Pisane z dystansem do samego siebie i własnych niedomagań, bez litowania się i wiecznych pretensji wobec otoczenia, zyskały lekkość eseju, nie pozbawionego ironii, ani głębszej refleksji.

Czytając dziełko starszego pana, często się śmiałem (na głos!), choć znalazły się tam także fragmenty, przy których “coś mi wpadło do oka”. Kilkakrotnie przyłapywałem się na tym, że sam zazdroszczę Hendrikowi Groenowi pogody ducha i niezwykłej umiejętności znajdowania małych radości, z których z pewnością da się uzbierać trochę szczęścia.

Z książki:

     “Moja analiza: starzenie się to proces odwrotny do rozwijania się od noworodka do osobnika dorosłego. Fizycznie przechodzi się od samodzielności do coraz silniejszego bycia zależnym. Sztuczne biodro, bajpas, pigułka na to i na tamto. Byle nakarmić i dopilnować, żeby było sucho. A kiedy śmierć każe na siebie za długo czekać, człowiek kończy jako bełkoczący stary dzidziuś w pieluszce i z cieknącym nosem. Droga od zera do lat osiemnastu jest pełna wyzwań, wspaniała i ekscytująca, człowiek sam decyduje o swoim życiu. Koło czterdziestki jest silny, zdrowy i wszytstko od niego zależy. Szczytowy okres. Niestety, świadomość tego przychodzi najczęściej wtedy, kiedy już od jakiegoś czasu trwa schyłek, kiedy powoli i niepostrzeżenie perspektywy stają się coraz mniejsze, a życie - coraz bardziej puste. Aż wreszcie najważniejsze cele dnia przybierają formę kawałka ciasta i filiżanki herbaty. Grzechotka dla osoby w podeszłym wieku.
      Przepraszam. Trochę się zagalopowałem. 
     A przecież sam wykonałem właśnie kilka doniosłych kroków, by jeszcze mieć coś z życia, zanim zejdę z tego świata. W gronie nowych przyjaciół i snując szalone plany. Juhuuu!”

środa, 8 czerwca 2016

Oczy tani

Książka - przedmiot naszego uwielbienia i udręki: brama do innego świata, skarbnica wiedzy, źródło niezwykłej przyjemności, wehikuł myśli, zaklinacz czasu, oznaka wykształcenia i prestiżu, towarzyszka podróży, ale także powód wiecznej frustracji. Nie da się przecież wszystkiego przeczytać, trudno odnaleźć się w zalewie wydawniczych nowości, rzadko udaje się nadrobić zaległości z klasyki, nie wspominając o niemożności zapanowania nad niepohamowanym przyrostem kolejnych woluminów, zabierających nam coraz więcej życiowej przestrzeni…

O naszych czytelniczych zwyczajach, rytuałach, sposobach obchodzenia się z książkami wspaniale pisze Justyna Sobolewska w Książce o czytaniu. To druga, poprawiona i poszerzona wersja zbioru esejów, które pierwotnie ukazały się w Bibliotece Gazety Wyborczej pod tym samym tytułem, choć opatrzonym wówczas dopiskiem “czyli resztę dopisz sam”. Polowałem swego czasu na tę pierwszą edycję, ale moje starania spełzły na niczym. Tym bardziej ucieszyłem się z ponownego jej wydania.

Sobolewska dementuje znane nam pogłoski o aspołecznej roli czytelnictwa, które miałoby jakoby skutecznie separować czytelnika od świata i ludzi poprzez intymny i jednocześnie zaborczy kontakt z książką, której lektura, zazwyczaj indywidualna, angażuje całą naszą uwagę na czarnych znaczkach zapisanych maczkiem. Autorka stara się wykazać, że czytanie sprzyja kontaktom międzyludzkim, o czym świadczy rosnąca popularność Dyskusyjnych Klubów Książki; pozwala nam stawać się lepszymi rozmówcami, ciekawszymi partnerami, mądrzejszymi i szczęśliwszymi ludźmi, bo właśnie przyjemność jaką daje obcowanie z dobrą literaturą, jest pierwszym i często głównym powodem naszego bibliofilskiego uzależnienia.

W tekstach pomieszczonych w Książce o czytaniu możemy się przeglądać jak w lustrze. Z dystansu spojrzeć na własne przyzwyczajenia lekturowe i nasz stosunek do książek. Czy bliżej nam do czytelników dworskich - traktujących książkę z należnym jej szacunkiem i czcią, czy też pozwalamy sobie na bazgranie, zaginanie rogów, wyrywanie stron(!) i inne haniebne praktyki, plasujące nas w gronie czytelników namiętnych? Jak porządkujemy nasze domowe zbiory; jak budujemy własne biblioteczki; co kupujemy, a co pożyczamy; wreszcie co czytamy, a czego za żadne skarby nie weźmiemy do ręki? Te i inne pytania zadaje nam autorka.

W książce znajdziemy rozdziały poświęcone najlepszym i najdziwniejszym tytułom oraz najbardziej znanym i cenionym pierwszym zdaniom. I tu ze smutkiem wskazuję na dwa grzechy Sobolewskiej - oba dotyczą zaniedbania lub też zaniechania. Mianowicie wśród wymienionych najdziwniejszych tytułów, z których pierwsze miejsce przyznałbym książce Stanisława Czycza Arw, zabrakło znakomitego lecz dziwacznego Dlaczego dziecko gotuje się w mamałydze Aglai Veteranyi. Natomiast wśród pamiętnych pierwszych zdań wymienianych przez autorkę nie ma (sic!) wspaniałego początku Pamiętnika oficera Armii Czerwonej Sergiusza Piaseckiego: “Noc była ciemna jak sumienie faszysty”.

“Reszta jest milczeniem” - z książką w ręku.

piątek, 3 czerwca 2016

Najczęściej grzeszę w tramwaju

Należę do plemienia czytaczy, dla których niemal każde miejsce jest dobre, by zatopić się w lekturze. Ilekroć jestem pasażerem komunikacji miejskiej, czas przejazdu skracam sobie permanentnie czytając. Jeżdżę dużo, bo z domu do pracy ok. godziny i z powrotem… – jak tu tyle czasu marnować na gapienie się w okno? Czytam więc namiętnie, zajmując uprzednio jak najlepsze miejsce. Na to miejsce poluję (szczególnie na pętli), staram się wtargnąć odpowiednimi drzwiami jako pierwszy i zasiąść. Otwieram książkę i już nic mnie nie obchodzi. Rzadko ustąpię, bo też i rzadko się znad tekstu oderwę. Siedzę, okupuję, samolubnie zajmuję miejsce, z satysfakcją myśląc, że znów się udało. 

Oto mój wyrzut czytelniczego sumienia; grzech zatwardziały. Pokutą niech mi będą lektury na stojąco w zatłoczonym autobusie linii 189.

wtorek, 24 maja 2016

Obojętność

Justyna Kopińska pisze reportaże, które nazwałbym interwencyjnymi. Pokazywane przez nią sytuacje są często pożywką brukowych mediów, czy programów w stylu „Sprawa dla reportera”. Tu stają się one przedmiotem precyzyjnego rzeczowego opisu i wnikliwej refleksji. 

Kobieta bez pamięci zakochana w Mariuszu Trynkiewiczu, której umożliwia się nie tylko widzenia, ale i ślub z mordercą; starsze małżeństwo pozostawione same sobie w chorobie i bólu; policyjne statystyki, które zmuszają, by sprawy morderstw prowadzić wyłącznie, gdy ma się już w ręku niezbite dowody; genialny muzyk, któremu lekarze i system oświaty skutecznie uniemożliwili normalny rozwój; legalna korupcja w samorządzie Zduńskiej Woli; resocjalizacyjna fikcja polskiego systemu penitencjarnego, gej zagubiony w sutannie; przemoc i wykorzystywanie seksualne jako metody wychowawcze w domu dziecka sióstr Boromeuszek; życie i śmierć minister Moniki Zbrojewskiej; ojcobójstwo, szaleństwo wartownika więziennego, który nigdy nie powinien dostać broni do rąk; gwałt na szkoleniu ratowników medycznych i narkotykowy kartel w więzieniu – oto lista tematów, które podjęła Kopińska w książce Polska odwraca oczy.

Jednak tematem najważniejszym jest tu obojętność na cierpienie i krzywdę drugiego człowieka; obojętność, która czasem przywdziewa prawniczą togę, lekarski kitel, policyjny mundur, a nawet habit, przesuwając odpowiedzialność na tę czy inną instytucję, system, korporację. Zawsze jednak za opisywanymi w tych reportażach tragediami stoją ich sprawcy - mający imię i nazwisko hochsztaplerzy, łajdacy, oportuniści, a także normalni, dobrzy ludzie, którzy nader chętnie odwracają oczy.

Kopińska rozmawia z posłanką PO Elżbietę Gelert – dyrektorką szpitala, w którym nadal (po wyroku w zawieszeniu) pracują sprawcy gwałtu i molestowania:

„– Współpracuje pani z Kongresem Kobiet, działa na rzecz równości. Czy w jakikolwiek sposób starała się pani pomóc ofierze gwałtu?
– My jej nie zatrudnialiśmy tak bezpośrednio, więc to firma tłumaczeniowa powinna się zainteresować losem taj pani.”

niedziela, 8 maja 2016

Tele-morele

Nie pomoże żaden tok-szoł, ni seriali krocie;
nic nam nie da podglądanie gwiazd tańczących w błocie.
Nie poradzą tele-wróżki, ani radiesteci,
na nic zdadzą się też wygibasy uzdolnionych dzieci.
Żadne skoki z wysokości – wprost na zbite ciemię,
nie pomogą celebrytom zejść do nas – na ziemię.

Lubią dzisiaj luminarze srebrnego ekranu
zachowywać się jak stado, przepraszam, baranów.
Zamiast się poświęcić trochę tak zwanej kulturze,
nasi znani i lubiani chcą tańczyć na rurze.
Wolą pichcić, solić, pieprzyć coś pi razy oko,
niż nad chociaż jednym zdaniem pomyśleć głęboko.

Więc trwa w naszym telepudle karnawał głupoty:
całą dobę sranie w banię, wyprzedaż ciemnoty.


Napisałem w poczuciu wstydu i żenady, jako telewidz bardzo okazjonalny. Nie mając bowiem od dawna telewizora, z coraz większym zadziwieniem i niedowierzaniem podglądam u znajomych, rodziny kolejne produkcje, urągające inteligencji odbiorców.

niedziela, 1 maja 2016

Powidoki, drobiny, ślady

Proza Michała Głowińskiego zawsze mocno przylegała do swojego twórcy. Jej autobiografizm jest z pewnością programowy – zakreśla horyzont tematyczny i z osobistych doświadczeń pisarza czyni kanwę literackiej opowieści. Tak jest również w przypadku najnowszej książki tego wytrawnego polonisty. Carska filiżanka to niewielki tom mieszczący szesnaście opowiadań; chciało by się powiedzieć – notatek z pamięci. Ich forma przypomina nieco pamiętnikarskie zapiski, czynione jednak nie tylko dla siebie, ale przede wszystkim przez wzgląd na przyszłego czytelnika. Nie jest to jednak żaden sfingowany lub zgoła prawdziwy diariusz. Opisane tu rzeczy nie stanowią rejestracji bieżących wydarzeń i refleksji. Są jedynie próbą pochwycenia okruchów, strzępów, migotliwych obrazów sprzed lat, wokół których autor snuje wątek swych wspomnień, przyglądając się im niby bibelotom odnalezionym niespodziewanie w dawno nieodwiedzanych zakamarkach. Owe przebłyski odległych dziś spraw i spotkań są jak wątłe jesienne promienie słońca, odkrywające zapomniany kształt drogich nam niegdyś przedmiotów.

Książkę z podpisem autora wygrałem w konkursie organizowanym przez wydawnictwo Wielka Litera.

wtorek, 26 kwietnia 2016

"Skucha"

O tym, że Jacek Hugo-Bader przygotowuje nową książkę dowiedziałem się na spotkaniu w Białołęckim Klubie Książki, gdzie autor gościł w grudniu zeszłego roku. Opowiadał wówczas, że książka złożona w wydawnictwie musi czekać na rozstrzygnięcie toczonego przez prawników sporu, związanego z wycofaniem zgód na publikację dwóch ważnych bohaterów. Dzielił się z nami tym wielkim kłopotem, wyrażając nadzieję, że na wiosnę książka się jednak ukaże.

I oto jest! Tym razem mniej reporterska, bardziej osobista, emocjonalna… Dotykająca spraw wzniosłych, pięknych, ale i bolesnych, trudnych, wstydliwych i paskudnych. Hugo-Bader pyta swoich kolegów i koleżanki z Solidarności, jaką Polskę sobie wywalczyli? Jak się im podoba nowa Rzeczpospolita? Czy przemiany ustrojowe dały pole do rozwoju, czy raczej skazały na degradację? Jak dziś patrzą na swoich współpracowników, “towarzyszy broni”, dawnych działaczy, związkowców?

Są wśród nich dzisiejsi ministrowie i niemal kloszardzi; profesorowie i mechanicy, ludzie sukcesu i ci, dla których w nowej Polsce zabrakło nie tylko intratnych posad, ale czasem nawet elementarnej pomocy socjalnej. Są tacy, którzy konsekwentnie stoją przy swoich ideałach, i tacy, którzy nie chcą dziś znać dawnych przyjaciół. Wszyscy jednak noszą jakieś ślady, chwalebne i tragiczne pamiątki z “wojny jaruzelskiej”.

Autor przedstawia swoich bohaterów bez taryfy ulgowej. Odsłania szramy i blizny. Przekonuje, że podobnie jak żołnierze uczestniczący w starciach militarnych wykazują syndrom pola walki czy stresu bojowego, tak i solidarnościowi konspiratorzy mają swoje urazy, zwichnięcia, lęki…
To nie jest książka o martyrologii i etosie walki z władzami PRL. To raczej książka o życiu po dziwnej wojnie - nie tak spektakularnej, nie tak romantycznej, i nie tak do końca wygranej; wojnie, która miała wielu cichych bohaterów. Ich głos słyszymy tu być może po raz pierwszy.