środa, 2 listopada 2016
Z wierszyków małżeńskich...
Nie nadaję się na singla
nic bym nie prał, nie prasował, nie mył się i nie gotował
nie zarabiał bym zbyt wiele, tylko leżał, jak to cielę
nic bym w życiu nie osiągnął – byłbym matoł, byłbym mongoł
chodziłbym nieogolony, gdybym musiał żyć bez żony
nic nie wiedziałbym o świecie, jak we mgle błądzące dziecię
żadne nauki, ni kościoły, żadne studia, ani szkoły
na niewiele by się zdały – byłbym nieuk zatwardziały
cepem zwykłym mógłbym być, gdybym miał bez żony żyć
pił bym, palił i się staczał, w brudnych sprawach palce maczał
w środowisko złe bym wpadł, może nawet bił lub kradł
strasznie byłbym zły i brzydki, a na domiar mdły i płytki
co bym ja też wówczas dał, bym jak dzisiaj żonę miał
sam bym spał i sam bym wstawał, sam do siebie byłbym gadał
samiuteńki, sam jak palec, stary niedźwiedź i zgorzknialec
smutny struty pesymista, safanduła – ludzka glista
no i nie miał bym dzidziusia, gdybym żyć bez żony musiał
wszak nie można w pojedynkę, cieszyć się wspaniałym synkiem
nie da się też z samym sobą grać w cokolwiek zespołowo
ani w klasy, ani w łapki, w karty, w kropki, w scrabble, w statki
ni w rumikub, ni też w pingla – nie nadaję się na singla!
środa, 19 października 2016
"Oswoić narkomana"
„…byłem seryjnym mordercą samego
siebie. Byłem ekspertem w zabijaniu resztek świadomości i logiki w działaniu” –
mówi Robert Rutkowski w rozmowie z Ireną A. Stanisławską. To bolesne,
jakże paradoksalne zdanie jest najdobitniejszym podsumowaniem narkomańskiej
młodości niegdysiejszego reprezentanta Polski w koszykówce, który pokonawszy swoje
autodestrukcyjne skłonności został jednym z najbardziej znanych terapeutów.
W tym, co mówi o narkotykach,
dopalaczach, alkoholu, papierosach, a także lekach brak taryfy ulgowej. Wszystkie
te substancje, mogące doprowadzić nas do uzależnienia i w konsekwencji utraty
zdrowia i życia są tu bardzo rzeczowo opisywane – zarówno z punktu widzenia ich
sposobu działania, jak i szkodliwości. Rutkowski otwarcie mówi o stanach
euforii, jakie powoduje heroina, o zwielokrotnianiu odczuć zmysłowych po
kokainie czy marihuanie. Walczy jednak z powszechnymi stereotypami o tzw. miękkich
narkotykach, których zażywanie niesie jakoby mniejsze negatywne skutki niż np. palenie
papierosów czy picie alkoholu. Przestrzega też przed myśleniem, że legalne
substancje są bezpieczne.
Choć wydaje nam się, że narkotyki
to nie nasz problem, warto tę rozmowę przeczytać. Bo i nam zdarza się zaklinać
rzeczywistość, manipulować swoimi działaniami, oszukiwać samych siebie. Proszę przeczytać
poniższy fragment. Myślę, że wielu ludzi, którzy nigdy nie wpadli w żaden
nałóg, zauważy jednak u siebie skłonność do podobnego myślenia…
„- Brałeś wtedy codziennie?
Tak. Albo nawet dwa razy dziennie. Już nie dawałem rady.
Jeżeli nie załatwiłem towaru, przeżywałem męczarnie. Tych parę godzin czułem
się dobrze, a przez resztę czasu zdychałem. I w tym stanie trzeba było
kombinować, żeby zdobyć forsę na kolejną dawkę. A ponieważ głównym celem
narkomana jest zaspokojenie głodu narkotykowego, więc nie patrzy się na jakość
towaru, na okoliczności, na kontekst. […]
Próbowałem się okiełznać, próbowałem się opanować, lecz nic
mi z tego nie wychodziło. Miałem potworne poczucie porażki, bo przypomnę, co mi
przyświecało: miałem skończyć szkołę i wyjść na prostą! Tylko mówiłem sobie: «Ale
jeszcze nie teraz! Jeszcze troszeczkę!». Już miałem pomysły na dalszą naukę,
już miałem pomysły na pracę… «Ale jeszcze troszeczkę! Od jutra! Naprawdę od
jutra!».
W tym czasie poznałem kolegę, który również miał dosyć
ćpania. Załatwiliśmy towar, on powiedział: «Robert, ja już mam dość! Chcę się z
tego wyzwolić!». Zaćpany wrócił do domu i napisał sprayem na ścianie «Od jutra
nie biorę!». Więc gdy się budził rano i widział ten napis, to od razu włączało
mu się poczucie ulgi: «Uff, jakie to szczęście, że nie od dzisiaj!». To
doskonały przykład, jak myśli narkoman.”
Książkę pożyczył mi brat. Dziękuję za troskę.
środa, 5 października 2016
Zwyczajna miłość
w zawrotnym biegu spraw codziennych
pomiędzy kuchnią a pokojem
kocham Cię tak zwyczajnie
bo dobrze nam we dwoje
w pośpiechu ciągłym, wśród zamętu
pomiędzy szkołą, domem, pracą
kocham Cię nieodświętnie
już ja wiem dobrze za co...
w szaleńczym pędzie lat, miesięcy
pomiędzy wtorkiem a sobotą
kocham Cię ot – z dnia na dzień
bo jestem przecież właśnie po to
wśród małych trosk powszednich tylu
pomiędzy praniem a sprzątaniem
kocham Cię cały czas tak samo
i może niech tak już zostanie!
piątek, 23 września 2016
Afryka - skrywany wyrzut sumienia
Dariusz Rosiak w naszym imieniu
odwiedził trzynaście afrykańskich krajów. Rozpoznał i skomentował dręczące je
problemy polityczne, ekonomiczne i społeczne. O większości nie mamy zielonego
pojęcia. O części wiemy tylko tyle, ile do naszych mediów dociera incydentalnie
– bo właśnie w którymś z zakamarków zapomnianego kontynentu krzyk zabijanych
przez okrutne reżimy lub ginących w bratobójczych walkach jest tak donośny, że
nie sposób go dłużej ignorować.
Afryka kojarzy nam się z
obrazkami zagłodzonych dzieci, wszechobecną malarią, zacofaniem cywilizacyjnym,
buszem, rezerwatem dzikich. Czasem także przypomnimy sobie o niej, kiedy w
kościołach wspomina się misjonarzy i zbiera drobne na potrzeby dalekich ambasad
Kościoła. O konieczności wsparcia jej mieszkańców do znudzenia przypomina
UNICEF, Polska Akcja Humanitarna i wiele innych instytucji oraz fundacji,
starających się przemówić do naszej wyobraźni i poczucia solidarności. To
trudne zadanie w świecie (i kraju), który woli odwracać oczy, spychać w
niepamięć własne przewiny, przejmować się raczej sobą i pielęgnować stereotypy
o uchodźcach, emigrantach, których za żadne skarby nie chcemy przyjąć, choć
prędzej czy później stanie się to nieuniknione.
Rosiak pokazuje zawiłości
historyczne, polityczne uzależnienie wielu krajów Afryki, ale także bezduszność
międzynarodowych gremiów, instytucji, korporacji i mocarstw, którym na rękę
jest utrzymywanie status quo. Pokazuje również nasze naiwne, a czasami po
prostu obłudne myślenie o pomocy, jakiej bogaty świat udziela swemu ubogiemu i
zniewolonemu sąsiadowi. Drugą ręką wyciska afrykańskie złoża surowców, drenuje
tamtejszą gospodarkę, czerpiąc z niej korzyści wielokrotnie przekraczające fundusze
przekazywanej tam pomocy.
Z książki:
„Chronimy
swoje rynki przed żywnością z Afryki. Nie wpuszczamy państw afrykańskich na
rynki finansowe, uznając, że udzielanie im kredytów na rozwój jest zbyt
ryzykowne. Zamiast tego mamy usta pełne frazesów na temat wolności i równości,
a kieszenie pełne pieniędzy, które mają nam zapewnić spokojne sumienie. Przez
lata wywoływaliśmy wojny, utrzymywaliśmy okrutnych dyktatorów po to, by potem w
odruchu dobrego serca adoptować biedne afrykańskie dzieci i dumać w uniesieniu
nad własną dobroczynnością.
Ale w tej
humanitarnej hojności bogatej Północy chodzi nie tylko o nasze dobre
samopoczucie. Jesteśmy dziś gotowi zapłacić każde pieniądze, byle ci ludzie do
nas nie przyjeżdżali. Stworzyliśmy sobie w tropikalnej Afryce olbrzymi obóz
uchodźców z miliardem biednych ludzi i gotowi jesteśmy płacić im w
nieskończoność, byleby tylko łaskawie nie rozlewali swojej biedy na Europę,
Stany Zjednoczone, Australię. Budujemy zasieki imigracyjne i mury nie do
przebycia (gdzieniegdzie, na przykład w Ceucie, te mury i zasieki są prawdziwe),
by utrudnić Afrykanom przedostanie się do Europy. Wysyłamy patrole na morza i
odsyłamy złapanych do domu, nie wnikając, co będzie się z nimi dalej działo.
Chiny nie
grają w tę grę. Nie dziwmy się zatem Afrykanom, że poszli na ryzyko współpracy
z Chińczykami, gdy oni nie traktują ich jak postkolonialne sieroty, tylko jak
partnerów w biznesie.”
By lepiej poznać autora Żaru,
polecam wszystkim ten materiał wideo, dotyczący książki Ziarno i krew, o której
pisałem tutaj.
środa, 21 września 2016
Współpraca niezadowalająca
Po blisko trzech latach Księgarnia Publio postanowiła zerwać naszą współpracę. Pani Justyna Walczak, moja opiekunka, wielokrotnie w tym czasie milkła na długie tygodnie i kompletnie nie reagowała na moje prośby o jasną i prostą odpowiedź czy działamy dalej, czy też nie. Skutkowały dopiero interwencje u szefa.
Ostatnio czekałem na zapowiedziany przez panią Justynę kontakt prawie dwa miesiące (sic!), by dziś, po kolejnej interwencji u jej zwierzchnika uzyskać od pani Justyny błyskawiczną odpowiedź, że rezygnuje ze współpracy z moim blogiem, bo nie daje ona spodziewanych wyników.
Jakżeż do jasnej cholery współpraca ma dawać jakiekolwiek wyniki, jeśli ostatnią książkę do recenzji otrzymałem 31 maja 2016, wcześniejszą (po długich bojach) 14 kwietnia 2016, a poprzednią 29 września 2015!?
Tekst mogłem napisać dzięki uprzejmości Księgarni Publio.
piątek, 26 sierpnia 2016
Gorzka lekcja
Wykluczeni na długo pozostaną jedną z najważniejszych książek, jakie przeczytałem. Artur Domosławski zebrał w niej całe swoje bogate ponaddwudziestoletnie reporterskie doświadczenie, by opowiedzieć nam o świecie, którego nie znamy i znać nie chcemy; świecie, w którym ludzie (całe rodziny, plemiona, narody) pozostają na marginesie życia lub są zabijani, bo komuś innemu nie podoba się ich kolor skóry, religia, orientacja seksualna, pochodzenie; bo nikogo nie obchodzi strukturalna bieda, brak dostępu do higieny, opieki medycznej, edukacji; w końcu również dlatego, że stoją na przeszkodzie interesom polityków lub wielkich koncernów.
Ta przejmująca książka jest w pewnym sensie kontynuacją tomu wcześniejszych reportaży Domosławskiego – Śmierć w Amazonii. Ponownie zostajemy skonfrontowani z niewygodną prawdą, że za wyzyskiem ubogiego Południa, grabieżczą gospodarką prowadzoną w Ameryce Południowej, Afryce i wielu państwach azjatyckich stoi nasze dobre samopoczucie, nieświadomych niczego konsumentów dóbr pochodzących z niewolniczej pracy, dewastacji rodzimego rynku i naturalnych zasobów dalekiego świata.
Autor bez ogródek wytyka grzechy Europy i USA w procederze ciągłego żerowania na słabszych, mniej rozwiniętych, niesamodzielnych i biednych – niegdyś koloniach, później republikach bananowych, dziś regionach trwale uzależnionych politycznie i gospodarczo.
Zawłaszczeniu ulegają nie tylko surowce, tania siła robocza, czy terytoria, ale także historia miejsc, do których dumny, biały człowiek miał nieść „zdobycze cywilizacji”, a zamiast tego palił, gwałcił i mordował; co gorsza, nadal to robi! Nadal nie brakuje bowiem ofiar chciwości, zawiści, zadawnionych plemiennych i międzynarodowych sporów podsycanych przez potężnych i wpływowych graczy, którzy zrobią wszystko, by ukryć przed nami własne haniebne postępki, byśmy nadal ufali głoszonym z neofickim zapałem hasłom i sloganom. Byśmy spali spokojnie, w poczuciu własnej niewinności i sprawiedliwości.
Dajmy się oprowadzić Arturowi Domosławskiemu po miejscach zapalnych świata: Brazylijskich i Meksykańskich fawelach, Amerykańskich slumsach i gettach, Kolumbii, Egipcie, Kenii, Sudanie Południowym, a także Strefie Gazy, Palestynie, greckiej wyspie Kos, Pakistanie i Tajlandii. To będzie gorzka, jednak niezwykle pouczająca podróż. Dzięki niej zrozumiałem między innymi, że dzisiejsze problemy migracyjne, fale uchodźców są w dużej mierze spowodowane przez nas – sytych, egoistycznych i bezwzględnych, choć czasem nieświadomych, mieszkańców bogatej Północy.
„Bauman [w Nowoczesności i Zagładzie] rozważał sytuację robotników fabryki broni, którzy cieszyli się z nowych zmówień i dobrej kondycji ekonomicznej przedsiębiorstwa, a zarazem szczerze opłakiwali masakry dokonywane przez Etiopczyków i Erytrejczyków. Z pewnością nie zastanawiali się nad tym, że być może broń, którą produkują - dzięki czemu cieszą się z poprawy sytuacji materialnej własnej i zakładu - trafia w ręce bojowników tej czy innej wojny. Ofiary tych wojen, o których dowiadują się z telewizji, wywołują - a jakże! - uczucia autentycznego smutku u jednych, a u innych - reakcję jak ta wyżej opisana: <<Znów te dzikusy się wyrzynają; jak to dobrze, że daleko i że nas nie dotyczy!>>.
Bauman powiada, że moralna ślepota tego rodzaju jest możliwa jedynie w nowoczesnym, niezwykle złożonym społeczeństwie, którym rządzi zasada <<pośrednictwa w działaniu>>. <<Tworzy się duży dystans między zamiarem a jego praktycznym urzeczywistnieniem, zaś przestrzeń ta wypełniona jest dużą liczbą drobnych działań, wykonanych przez mało znaczących pośredników>>.
Czy udział porządnych i uczciwych ludzi w procesach, które owocują zniszczeniami i zbrodniami, powinien nas wciąż dziwić i oburzać?”
czwartek, 7 lipca 2016
O Holender!
Obowiązujący powszechnie kult młodości przejawia się przede wszystkim w sferze tzw. budowania wizerunku. Mamy nakaz dbania o młody wygląd, sprężystą sylwetkę, modną fryzurę. Dla podkreślenia, jak bardzo jesteśmy na czasie, możemy sięgać po młodzieżowy język i obnosić się z najnowszymi gadżetami. Jednocześnie, szczególnie w Polsce, funkcjonuje przyzwolenie na gderanie, utyskiwanie, wieczne szukanie dziury w całym. Jeśli dołożymy do tego nagminny brak uśmiechu i poczucia humoru oraz neurotyczne wręcz przewrażliwienie na własnym punkcie, otrzymujemy portret człowieka naszych czasów: młodzieżowo ubranego pana (lub panią) w mocno zaawansowanym wieku średnim, a zarazem zrzędliwego, zgnuśniałego i wiecznie niezadowolonego starego piernika.
Jak się z takiego wzorca wyzwolić, pokazuje Hendrik Groen w swoim sekretnym dzienniku, zawierającym notatki z roku życia w holenderskim domu spokojnej (czy na pewno?) starości. Nie dziwi mnie fakt, że Małe eksperymenty ze szczęściem zyskały w ojczyźnie Groena status bestsellera. Nie dziwi mnie, że tak chętnie tłumaczone są na inne języki. Mam nadzieję, że i polscy czytelnicy obdarzą tę książkę życzliwym zainteresowaniem. O tym, że się nie zawiodą jestem absolutnie przekonany.
Te zapiski, nie mające pierwotnie trafić do druku, są pełne ciepłego humoru. Pisane z dystansem do samego siebie i własnych niedomagań, bez litowania się i wiecznych pretensji wobec otoczenia, zyskały lekkość eseju, nie pozbawionego ironii, ani głębszej refleksji.
Czytając dziełko starszego pana, często się śmiałem (na głos!), choć znalazły się tam także fragmenty, przy których “coś mi wpadło do oka”. Kilkakrotnie przyłapywałem się na tym, że sam zazdroszczę Hendrikowi Groenowi pogody ducha i niezwykłej umiejętności znajdowania małych radości, z których z pewnością da się uzbierać trochę szczęścia.
Z książki:
“Moja analiza: starzenie się to proces odwrotny do rozwijania się od noworodka do osobnika dorosłego. Fizycznie przechodzi się od samodzielności do coraz silniejszego bycia zależnym. Sztuczne biodro, bajpas, pigułka na to i na tamto. Byle nakarmić i dopilnować, żeby było sucho. A kiedy śmierć każe na siebie za długo czekać, człowiek kończy jako bełkoczący stary dzidziuś w pieluszce i z cieknącym nosem. Droga od zera do lat osiemnastu jest pełna wyzwań, wspaniała i ekscytująca, człowiek sam decyduje o swoim życiu. Koło czterdziestki jest silny, zdrowy i wszytstko od niego zależy. Szczytowy okres. Niestety, świadomość tego przychodzi najczęściej wtedy, kiedy już od jakiegoś czasu trwa schyłek, kiedy powoli i niepostrzeżenie perspektywy stają się coraz mniejsze, a życie - coraz bardziej puste. Aż wreszcie najważniejsze cele dnia przybierają formę kawałka ciasta i filiżanki herbaty. Grzechotka dla osoby w podeszłym wieku.
Przepraszam. Trochę się zagalopowałem.
A przecież sam wykonałem właśnie kilka doniosłych kroków, by jeszcze mieć coś z życia, zanim zejdę z tego świata. W gronie nowych przyjaciół i snując szalone plany. Juhuuu!”
Subskrybuj:
Posty (Atom)

